Na sam koniec przygody z czekoladami Kew zostawiłam pozycję najmniej dla mnie atrakcyjną, za to najciekawszą dla mojej mamy, największej fanki Earl Grey'a jaką znam. Chociaż brak samej herbaty w składzie (znów: tylko naturalne aromaty) będzie dla większości minusem, ja nie płakałam zbytnio z tego powodu, mając w myślach wyobrażenie gorzkich, herbacianych fusów (chyba wspomnienie po Dolfinie).
Tabliczka miała na rogu małą skazę, ale wybaczam jej to gdyż przeżyła w moim pokoju największe upały tego lata (niestety zapomniałam znieść ją razem z innymi na dół). Medal przyznam za to jej konsystencji, która nie ucierpiała ani trochę, co powitałam z wielką ulgą.
45-cio gramowy prostokącik pachnie fuzją cytrynowych galaretek, cytrynowego Earl Grey'a i kwaskowatego kakao.
Czekolada jest średnio twarda. Rozpuszcza się bardzo przyjemnie, bo śmietankowo-tłuściutko, ale nie jest też przesadnie gęsta. Najpierw czuć włąśnie taką mleczność, potem leciutko cierpkie kakao i przyjemną słodycz. W smaku przebrzmiewa zaledwie nuta cytryny, co zaskoczyło mnie mając na uwadze zapach. Już zaczęłam się obawiać, że cienia herbaty w tej czekoladzie nie znajdę, ale w końcu i Earl Grey (a raczej jego aromat) dał o o sobie znać w postaci goryczki kojarzącej się z mocną, długo parzoną herbatą.
Czekolada jest dobra, dobrze wykonana, ale w żadnym stopniu mnie nie powaliła. Powiedziałabym, że sama w sobie, nie patrząc na dodatki, jest 'dopieszczona; jak jej mleczne siostry. Zachowuje dobry balans między kakao a słodyczą. Jest gorzkawa - to fajnie, ale liczyłam na coś więcej. Niby 53.8% to nie za dużo, ale to wszystko zależy od ziarna. Herbaty zaś zdecydowanie mogłoby być więcej (choć i tak, ja jej fanką nie jestem, więc bym tego pewnie nie doceniła, ale staram się mówić obiektywnie), bo patrząc na to, jak aromatyczne były mleczne poprzedniczki, ta wypada dość blado.
Chciałam tu jeszcze dodać opinię mojej mamy, bo to smak stworzony dla niej, ale powiedziała mi że ostatnio ma słodyczowstręt i prędko po nią nie sięgnie ;)
Ocena: 7/10
Cena: 1.50 franka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kew. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 września 2016
środa, 17 sierpnia 2016
Kew (Royal Botanic Gardens), Rose Milk Chocolate - mleczna z naturalnym aromatem różanym
Nie mam warunków na odwiedzanie innych blogów i czytanie komentarzy, ale niestety z przyzwyczajeniem wygrać nie umiem i gdy coś jem opisać muszę - dlatego dzisiaj druga tabliczka ze szczęśliwej trójcy czekolad z Kew :)
Zdjęcia były robione w domu - w warunkach tak złych że nie będę mówić - i między tą pierwszą degustacją a tą "do opisu" minęło parę dni, w czasie których czekolada była dokładnie zawinięta, opakowana i schowana do plecaka. Mimo to poniosła pewne obrażenia, jak np. gorsza konsystencja i jest to dokładnie taka sama sytuacja jak przy lawendowej - wtedy zostawiałam parę kostek dla koleżanki i efekt, jaki na niej wywołał, na pewno nie był "10/10, pyszne".. A ona lawendę bardzo lubi. To tak na marginesie.
Sześć rządków po cztery kostki, standardowej wielkości - nie robią wrażenia, ale z góry wiem, że kryją coś niezwykłego.
Czekolada pachnie słodyczą i olejkiem różanym. Trochę duszno, ale ciekawie.
Rozpuszcza się bardzo opornie jak na mleczną. Tak wcześniej nie było.
Od początku czuć bardzo mocno wspomniany olejek, jest to tak gęsty smak, jakby był on w postaci syropu. Wydaje się on idealnie zmieszany z czekoladą, tzn. przesiąkła ona nim w całości - słodycz jest jak słodycz z konfitury różanej z pączka, mleczność i kakaowość są częścią różanego słodkiego kremu. Za pierwszym razem mój odbiór był bardzo pozytywny, ale po tych paru dniach zauważyłam, że konsystencja czekolady z kremowej zrobiła się krusząco-lepiąca, natomiast kakao, zamiast współgrać z różą tworząc bardzo ciekawą (i bardzo smaczną) kompozycję, odbija się od niej i kieruje w stronę słodyczy, co w efekcie daje wrażenie, jakby był to wyrób z niższej półki. Nie jest to wrodzona wada produktu, nie jest to coś co otrzymujemy "tuż po" otwarciu, ale uważałam, że powinnam o tym wspomnieć.
Wbrew moim przewidywaniom ta tabliczka zasmakowała mi jeszcze bardziej niż lawendowa, czego naprawdę się nie spodziewałam bo dotąd nie miałam szczęścia co do różanych słodyczy. Z tego powodu tamtej drugiej obniżę ocenę, a o tej.. cóż, pewnie nie raz pomarzę, bo to naprawdę dobra, a nie tylko ciekawa czekolada.
Ocena: 10/10
Cena: 3£
Zdjęcia były robione w domu - w warunkach tak złych że nie będę mówić - i między tą pierwszą degustacją a tą "do opisu" minęło parę dni, w czasie których czekolada była dokładnie zawinięta, opakowana i schowana do plecaka. Mimo to poniosła pewne obrażenia, jak np. gorsza konsystencja i jest to dokładnie taka sama sytuacja jak przy lawendowej - wtedy zostawiałam parę kostek dla koleżanki i efekt, jaki na niej wywołał, na pewno nie był "10/10, pyszne".. A ona lawendę bardzo lubi. To tak na marginesie.
Sześć rządków po cztery kostki, standardowej wielkości - nie robią wrażenia, ale z góry wiem, że kryją coś niezwykłego.
Czekolada pachnie słodyczą i olejkiem różanym. Trochę duszno, ale ciekawie.
Rozpuszcza się bardzo opornie jak na mleczną. Tak wcześniej nie było.
Od początku czuć bardzo mocno wspomniany olejek, jest to tak gęsty smak, jakby był on w postaci syropu. Wydaje się on idealnie zmieszany z czekoladą, tzn. przesiąkła ona nim w całości - słodycz jest jak słodycz z konfitury różanej z pączka, mleczność i kakaowość są częścią różanego słodkiego kremu. Za pierwszym razem mój odbiór był bardzo pozytywny, ale po tych paru dniach zauważyłam, że konsystencja czekolady z kremowej zrobiła się krusząco-lepiąca, natomiast kakao, zamiast współgrać z różą tworząc bardzo ciekawą (i bardzo smaczną) kompozycję, odbija się od niej i kieruje w stronę słodyczy, co w efekcie daje wrażenie, jakby był to wyrób z niższej półki. Nie jest to wrodzona wada produktu, nie jest to coś co otrzymujemy "tuż po" otwarciu, ale uważałam, że powinnam o tym wspomnieć.
Wbrew moim przewidywaniom ta tabliczka zasmakowała mi jeszcze bardziej niż lawendowa, czego naprawdę się nie spodziewałam bo dotąd nie miałam szczęścia co do różanych słodyczy. Z tego powodu tamtej drugiej obniżę ocenę, a o tej.. cóż, pewnie nie raz pomarzę, bo to naprawdę dobra, a nie tylko ciekawa czekolada.
Ocena: 10/10
Cena: 3£
niedziela, 31 lipca 2016
Kew (Royal Botanic Gardens), Lime and Lavender Milk Chocolate - mleczna czekolada z naturalnymi aromatami limonki i lawendy
Rzadko nie mam pomysłu na wstęp tak bardzo, jak dzisiaj. Tzn. napisałam parę zdań bardziej odnoszących się do mojego życia i wiążących się z nim spostrzeżeń, ale potem usunęłam je i zaczęłam się zastanawiać: czy mój blog jest miejscem na takie rzeczy? Czasami mogę coś takiego od siebie napisać, ale popadanie w rutynę mówienia o swoich porankach/wyjściach/zakupach etc. chyba nie jest najlepszym pomysłem. Trochę obawiam się, że zapisując to tutaj a) zamykam się od opowiedzenia tego komuś innemu (komuś 'na żywo'), albo b) oczekuję aprobaty dla moich decyzji czy śmiesznych i/lub nieważnych opowieści z życia, albo poparcia mnie w kiepskich wyborach które mogę przedstawić tak, żeby stawiały mnie one w możliwie najlepszym świetle. Te rzeczy, o których piszę, wydają mi się bardzo kuszące i dlatego spróbuję się im oprzeć. Więc nie przedłużając, zapraszam Was na to, na co tutaj przyszliście, czyli recenzję (nareszcie bardziej fascynującej!) czekolady.
Mleczna czekolada o zawartości min. 33,6% kakao z naturalnymi aromatami z limonki i lawendy z ogrodów botanicznych Kew w Anglii. Jest to jedna z trzech tabliczek przywiezionych przez moją mamę i już na wstępie muszę ją (czekoladę) pochwalić, że dobrze znosiła upały, których nadziana Milka z ciasteczkami literalnie nie przeżyła.*
*jej konsystencja była porównywalna do Wawela z masłem orzechowym, chyba nic więcej nie muszę mówić..
Tabliczka ma jasny odcień, prosty układ standardowych kostek i nie jest specjalnie twarda (chociaż w palcach też się nie topi). Teoretycznie nie powala, ale ma w sobie coś ciepłego i przywodzącego na myśl dziecięcą radość i błogość. Zapach zaś to już inna para kaloszy: jest intensywnie limonkowy i świeży, odrobinę tylko galaretkowy. Za owocem kryje się tajemniczy poniuch lawendy.
Czekolada jest jak zwarty, nieprzesadnie tłusty krem. Pod względem konsystencji jest absolutnie genialna. Pozwala długo bawić się nią w buzi (czego zazwyczaj nie robię, ale tutaj jest to tak idealne, że nie mogłam się oprzeć).
Pierwsze skrzypce gra smak soczystych, acz trochę 'słodyczowych' limonek spleciony ze słodyczą, mlecznością i kremowością. Na początku wydawał mi się totalnie dominować kompozycję, jednak po paru kęsach (podobnie, jak przy zapachu) zaczął odzywać się kwiat lawendy z niezwykle subtelnym i delikatnym jak płatki kielicha posmakiem. Przechodzi on przez buzię niczym ciepły wiosenny wietrzyk, zostawiając po zjedzeniu uczucie, jakbyśmy trzymali na języku wspomniane płatki. Jeść tą czekoladę po oglądaniu zdjęć z Kew Gardens.. Naprawdę czułam, jakbym tam była.
Choć kosteczki są małe, są przepełnione smakiem i pełnią.. Pełnią szczęścia, pełnią aromatów albo pełnią konsystencji (gęstością). Albo jakąś jeszcze inną. Choć pierwsze odbierane smaki to limonka i lawenda, kakao także ma to swój udział, choć stoi z boku czuć, że jest wyraźniejsze i bardziej dopieszczone niż w przeciętnych tabliczki około 30%.
Chociaż dla fanów intensywnych kwiatowych aromatów ta czekolada może wydać się za słaba, to według mnie jest świetnie wyważona - wszystko ma tu swoje miejsce: mleko, limonki, lawenda, cukier, kakao i tłuszcz kakaowy. Przyznam szczerze: bardzo pozytywne zaskoczenie!
Ocena: 9/10
Cena: 3,00£
Mleczna czekolada o zawartości min. 33,6% kakao z naturalnymi aromatami z limonki i lawendy z ogrodów botanicznych Kew w Anglii. Jest to jedna z trzech tabliczek przywiezionych przez moją mamę i już na wstępie muszę ją (czekoladę) pochwalić, że dobrze znosiła upały, których nadziana Milka z ciasteczkami literalnie nie przeżyła.*
*jej konsystencja była porównywalna do Wawela z masłem orzechowym, chyba nic więcej nie muszę mówić..
Tabliczka ma jasny odcień, prosty układ standardowych kostek i nie jest specjalnie twarda (chociaż w palcach też się nie topi). Teoretycznie nie powala, ale ma w sobie coś ciepłego i przywodzącego na myśl dziecięcą radość i błogość. Zapach zaś to już inna para kaloszy: jest intensywnie limonkowy i świeży, odrobinę tylko galaretkowy. Za owocem kryje się tajemniczy poniuch lawendy.
Czekolada jest jak zwarty, nieprzesadnie tłusty krem. Pod względem konsystencji jest absolutnie genialna. Pozwala długo bawić się nią w buzi (czego zazwyczaj nie robię, ale tutaj jest to tak idealne, że nie mogłam się oprzeć).
Pierwsze skrzypce gra smak soczystych, acz trochę 'słodyczowych' limonek spleciony ze słodyczą, mlecznością i kremowością. Na początku wydawał mi się totalnie dominować kompozycję, jednak po paru kęsach (podobnie, jak przy zapachu) zaczął odzywać się kwiat lawendy z niezwykle subtelnym i delikatnym jak płatki kielicha posmakiem. Przechodzi on przez buzię niczym ciepły wiosenny wietrzyk, zostawiając po zjedzeniu uczucie, jakbyśmy trzymali na języku wspomniane płatki. Jeść tą czekoladę po oglądaniu zdjęć z Kew Gardens.. Naprawdę czułam, jakbym tam była.
Choć kosteczki są małe, są przepełnione smakiem i pełnią.. Pełnią szczęścia, pełnią aromatów albo pełnią konsystencji (gęstością). Albo jakąś jeszcze inną. Choć pierwsze odbierane smaki to limonka i lawenda, kakao także ma to swój udział, choć stoi z boku czuć, że jest wyraźniejsze i bardziej dopieszczone niż w przeciętnych tabliczki około 30%.
Chociaż dla fanów intensywnych kwiatowych aromatów ta czekolada może wydać się za słaba, to według mnie jest świetnie wyważona - wszystko ma tu swoje miejsce: mleko, limonki, lawenda, cukier, kakao i tłuszcz kakaowy. Przyznam szczerze: bardzo pozytywne zaskoczenie!
Ocena: 9/10
Cena: 3,00£
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















