W zapachu jedyne co czułam to rodzynkowo-rumowa nuta, gdybym z zamkniętymi oczami miała zgadywać, co wącham, postawiłabym na nieokreśloną, procentową pralinkę.
Ze spraw technicznych: całą tabliczkę wypełniają drobno zmiażdżone (wrrr) orzeszki, natomiast rodzynki to raczej dodatek okazjonalny. Standardowo grube kostko-paski wręcz krzyczą "jeden ci wystarczy, grubasie". Urocze są, jak zawsze.
Podstawą jest czekolada mleczna, która - jak to Chateau - nie zawodzi: przyjemnie mleczna, rozpuszcza się odrobinę proszkowo (choć może to uczucie spowodowane przez orzeszki). Zamiast jednak wyrazistego, acz niecierpkiego kakao, w smaku przoduje rum. Nie wydaje mi się, że rum-rum sam w sobie, goły, czysty; Lecz taki smak rumowo-cukrowy, bez alkoholowego
Rodzynki występują tu, jak mówiłam, w symbolicznej ilości. Są jędrne, soczyste, mocno słodkie i mocno rumowe. Może to dobrze, że nie było ich w tabliczce więcej, mogłyby przytłoczyć całą t ą kompozycję - choć fani w.w smaków mogą być zawiedzeni.
Co ciekawe, smak tej czekolady jest taki dobry głównie przy rozpuszczaniu kostki, jakby delikatniejszy i bardziej wyważony niż przy gryzieniu - bo wtedy też, niestety, ujawnia się nijakość orzeszków. Mogłyby być one wyrazistsze w smaku, nie wiem, choćby podprażone.
Przez leciutkie pieczenie płynące z rumowego dodatku, słodycz odebrałam trochę lżej niż zazwyczaj.
Z pewnością nie jest to czekolada którą chciałabym jeść na co dzień, rumowy smaczek jest jednak dość specyficzny. Gdy jednak jadłam ją 29 (grudnia), w dniu urodzin, bardzo przypadła mi do gustu.
Ocena: 8/10
Cena: prezent, ale zwyczajowo ok. 7zł












