Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritter Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritter Sport. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

Ritter Sport, Dark Whole Hazelnuts - ciemna 50% z orzechami

Ostatnio mam kryzys - zarówno finansowy jak i smakowy, ciągle jadłabym słodkie/mleczne czekolady albo nie jadłabym w ogóle. Jak to tak, Zosia z małym apetytem? To się nie zdarza mili państwo, coś jest nie w porządku. Efekt tego jest taki, że postów mało i zbyt wyrafinowane one nie są, ale nie uważam tego za coś złego. Dzięki temu jest prawdziwiej, macie 'prawdziwą' mnie bez udawania :P
P.S Udawać też nie będę, że zgubiłam gdzieś te 'lepsze' zdjęcia do recenzji; po prostu o nich zapomniałam :P
~ ~ ~

Dziś Ritter: ciemny jak noc, Dark, czerwone napisy, no rozumiecie, poważna sprawa. Naprawdę byłam pewna, że kupuję przynajmniej lekko gorzką czekoladę z orzechami, a nie 50%. Cóż, każdy zdarza się mylić, dobrze przynajmniej że tym razem z tą pomyłkę zapłaciłam tylko 5zł. Zresztą, kto powiedział że deserowy Ritter ma być zły?


Wyswobodziłam tabliczkę z opakowania i pomyślałam, że jest konkretnym kawałem czekolady. Wydawała mi się nawet cięższa, niż te 100g, co oczywiście było złudzeniem przez jej twardość, masowość i konkretność. (tworzę neologizmy czy te słowa normalnie funkcjonują? Uświadomcie mnie, czasami mówię dziwne rzeczy)
Pachnie za to delikatnie i zaskakująco przyjemnie - tzn. milej niż się spodziewałam. Nie daje typową, kwaskową deserówką, jak ja ten zapach kojarzę, a bliżej jej do czekoladowego ciasta na wafelkach z dodatkiem orzechowej masy.

Gryz i czekamy. Pierwsza myśl - jest bardzo słodka i jest tłuściutka. Wtedy wydała mi się mniej twarda, niż przy oględzinach i obmacywaniu. W zamian jeszcze masywniejsza, gęstsza, stawiająca zębom znaczny opór.
Smak to zmasowany atak kakao, bez goryczki ani kwasoty, po prostu kakao do potęgi n-tej. To jedna z najbardziej czekoladowych tabliczek jakie ostatnio jadłam. Przyznam szczerze, że ta czekoladowość nawet mnie trochę przytłoczyła przy pierwszym spotkaniu, może ze względu na panujące wtedy warunki pogodowe (było bardzo gorąco, a dla mnieupały to nie najlepszy czas na czekoladę).


Orzechy, których jak zwykle Ritter sypnął w należytej ilości (Schuetzli uczcie się!), są średnio chrupiące i średnio podprażone. Nie pogardziłabym mocniejszym ich 'podkręceniem'. zwłaszcza mając w pamięci cudowne sztuki z wersji białej.


Kończąc i podsumowując: RS Dark Whole Hazelnut to czekolada bardzo syta, bardzo czekoladowa i na próżno szukać w niej mlecznej delikatności (tak wiem, że to nie mleczna tabliczka, ale nie wiem jak taką delikatność inaczej nazwać :P). Pozytywnie zaskoczył mnie brak deserowej kwaśności, za którą na ogół średnio przepadam. Co prawda nie chciałabym tej tabliczki jeść codziennie, ale smakowała mi i mogę wam ją polecić.
Ocena: 7.5/10
Cena: 4,99zł

środa, 6 kwietnia 2016

Ritter Sport, Knusper Tortilla Chips

Skoro pogoda   Lato  Kurde jest ciepło, więc  z uśmiechem na ustach zapraszam was na czekoladę duchem z gorącego Meksyku, kompozycję słodko-słoną, Ritterową, pomarańczową, krzykliwą i wesołą. Naskrobałam wcześniej wstęp o szkole i maturach, ale koniec końców stwierdziłam: who cares? Każdy kiedyś był w szkole.. Tudzież będzie i na własnej skórze się przekona. Nie rok, a trzy z rzędu, bo myśl o egzaminach chyba z zasady przesiąka liceum na wszystkich płaszczyznach. Nie będę się więc na ten temat wymądrzać i czym prędzej przedstawię wam łup z mojego ukochanego no-name'owego sklepiku, w którym widziałam chyba wszystkie wyprodukowane dotąd Rittery. (ofc oprócz starych limitek)


W zapachu czułam delikatną (jakby mniej kakaową) wersję mlecznego Rittera przełamaną poniuchem czegoś tłustego. Kawałki tortilli 'odznaczały się' oporem przy przełamywaniu.

 
Pierwsza myśl: przyjemna tłustość... Czy to możliwe w tabliczce z takim składem?
Czekoladowa baza to klasyczny Ritter z trochę mniej wyczuwalnym kakao niż pamiętam (w składzie dalej 30%). Mleczność, którą jednak zakłóca tutaj pewien tłusty posmak i słodycz na umiarkowanie silnym poziomie. Nie jest źle, bo ja też nie uważam RS za złą czekoladę, spośród cenowych konkurentów (Milka, Wawel, Wedel, Finn Carre) jest zdecydowanie najlepszy. Co prawda za 4-5zł/100g można zrobić takie cudeńko jak Bellarom, ale nieważne, koniec z tym product placement'em ;)


Nie zaskoczy was chyba jeśli powiem, że od nagromadzenia dodatków czekolada chwilami nieźle chrupie; Pierwsze, co poczułam, to faktycznie kukurydziany, chrupiący placek. Już po pierwszym gryzie miałam wrażenie, jakby parę skórek z popcornu przykleiło mi się do podniebienia. Razem z tym ultra miłym wrażeniem pozostał posmak prażonej kukurydzy i chrupek kukurydzianych. Po jednym gryzie!

Krótką chwilę próbowałam nawet wyodrębnić żółte drobinki ze środka czekolady, bo ze składu możemy się dowiedzieć, że są tu zarówno kukurydziane placki (8%) jak i solona, pieczona kukurydza (6%). Niestety nie udało mi się odróżnić jednego od drugiego, są twarde jak czort i idealnie wtopione w taflę. Nieustannie chrupiąc, co jakiś czas przynosiły ze sobą szczyptę soli i odrobinę (przy)palonej goryczki.


Degustacja RS KTC wygląda tak: jesz czekoladę, czujesz jej wszystkie walory (mleczność, tłustość, cukier, kakao), kończysz zaś z posmakiem kukurydzy i chrupek.. Przez jedną krótką chwilę pomyślałam o Cho Go z chrupkami kukurydzianymi, ale od tego koszmarka na szczęście wiele Rittera dzieli. (kupiłam, zjadłam kostkę, resztę wywaliłam - nie polecam).
 Co było dla mnie największym mankamentem, to z czasem coraz wyraźniejszy posmak tłuszczu i smażenia. Nawet jak nie było to bardzo odczuwalne w konsystencji (na początku odebrałam ją nawet jako przyjemną), to niestety czuło się to w smaku, ja czułam wyraźnie. Pod koniec smak popcornu przeobraził się dla moich kubków smakowych w bardziej ordynarny smak smażonej kukurydzy.


Pomysł na połączenie słonych nachosów (które nieraz nieźle przełamywały słodycz - duży plus) z czekoladą mogłabym ocenić na 8: jest on niecodzienny i ciekawy, a wykonanie odpowiednie jak na tę cenę. Pół punkta w dół pociągnie ocenę nadmierna tłustość, która mi z czasem przywołała niemiłe skojarzenia. Ogólnie jednak uważam, że jest to całkiem niezły Ritter i można go za te 5zł spróbować żeby zaspokoić ciekawość :)
Ocena: 7.5/10
Cena: 4,99zł

piątek, 4 marca 2016

Ritter Sport, Weisse Joghurt Mousse - biała jogurtowa z pianką jogurtową

Tytuł tego posta jak i nazwa samej czekolady brzmi trochę śmiesznie, ale i tak w składzie wygląda to gorzej. Żeby nie być gołosłownym, proszę:


Ritterka postanowiła zaskakiwać mnie od samego początku, gdyż kiedy rozprawiłam się z niewygodnym, plastikowym otwarciem, moim oczom ukazało się to:


Wspaniale, tabliczka cała połamana. Nigdy nie byłam dobra w Tetrisa i układanie jej do zdjęcia niespecjalnie mnie ucieszyło. Sięgnęłam po pierwszy kawałek - znowu szok, bo kostki są bycze i jest ich tylko dziewięć. Dla mnie wyglądało to nienaturalnie i trochę strasznie, jedna taka skrywa łyżeczkę cukru zwiastując nadchodzące zasłodzenie. Nie, nie będę jęczeć, w końcu z własnej woli ją kupiłam.


Jako że ogółem kostki są grubsze, to i czekolady jest trochę więcej. Z dużą łatwością odchodzi ona od nadzienia, co niezbyt mi się podoba. Całość pachnie trochę nijako, takim mdłym jogurtem.
Pierwszy gryz i chwila prawdy, czy smak będzie podobny do udanej White Whole Hazelnut 100g, czy ciężki do strawienia jak w mniejszej i gorszej wersji 65g.

Wpierw bardzo mocno odczułam jej proszkowość i, jednocześnie, tłustość. Potem uderzył we mnie silny - ale przyjemny - posmak wanilii, mniej sztuczny i budyniowy, a bardziej 'naturalnie' białoczekoladowy. Na końcu został leciutki kwasek, który nawet skojarzył mi się z jogurtem naturalnym (bałam się chamskiego cytrynowego kwachu). Całość ku mojej radości była podobna do tej lepszej (100g ^) wersji białego Ritter Sport'a, chociaż wydaje mi się, że trochę gorsza. Albo może za słabo tamtą pamiętam.


Nadzienie jest masywną, napuszoną i zarazem tłustą chmurką, w której jako pierwszy - o zgrozo, o zdziw! - odzywa się kwasek. Mniej w nim naturalności jak w tym z nadzienia, a więcej chemicznego posmaku, ale nie jest źle, uwierzcie. Znaczy ja nie wymagam wiele od nadzień Rittera, a ostatnio parę z nich mnie rozczarowywało. To jest całkiem okej, ale zaznaczając, że w takie dni kiedy moja potrzeba cukru jest duuuża i przy tym mogę zignorować nadmierną tłustość.


Całość jest słodka do potęgi entej (chociaż Milki czy Tesco Finest nie przebija), dziwnie proszkowo-tłusta i wreszcie: jogurtowa i smaczna. Przyznam szczerze, że spodziewałam się totalnej masakry, a otrzymałam produkt na granicy tolerancji, ale wciąż po tej pozytywnej stronie. Specjalnie wybrałam ją na taki dzień, gdy mój apetyt będzie dość spory, a zazwyczaj taki mam po basenie. Ritter Sport WJM był niezłym docukrzeniem do popołudniowej kawy.
Ocena: troszkę naciągane 8/10, bo zaskoczył mnie in plus :)
Cena: 4,99zł

niedziela, 21 lutego 2016

Ritter Sport, Caramel Nuts

Jedna ze starszych notek, która czekała i czekała w kolejce na swój chwalebny debiut. Ritter Sport Karamell Nuss, czyli czekolada, która przez parę miesięcy spędzała mi sen z powiek. Jej poszukiwania zawsze kończyły się fiaskiem, więc oferta darmowej dostawy od Decathlonu, który ma ją w asortymencie, spadła mi z nieba niczym cud. Kiedy ją w końcu dostałam, nie było dla mnie ważne czy to tylko, czy aż Ritter Sport - po takim czasie oczekiwania miałam na nią ogromny apetyt!


Zapach? Hmm.. Powiedziałabym, że jak orzechowe (czy tam nugatowe) Merci.


Czekolada jest mocno nasiąknięta orzechową nutą, nazwałabym ją wręcz orzechowo-kakaową, jak Nutella z moich dziecięcych wyobrażeń. Dość tłusta ale gęsta, łatwo topi się na języku. Silnie mleczna, jak na 'skalę' Rittera - dobra.


Nadzienie jest tłuste, ale jednocześnie delikatne i, niestety, mało konkretne w smaku. Powiedziałabym, że maślane i troszeczkę orzechowe. Pod żadną postacią nie znalazłam w nim karmelu, co było dla mnie największym zawodem. Jest tu nutka słodyczy podchodzącej pod słoną i niegroźny 'przedźwięk' masła. Ta część wydaje się bardzo szybko znikać, robiąc miejsce dla chrupiących dodatków..


.. którymi w tym przypadku są ryżowe i kukurydziane chrupki. Smak obu jest intensywny i łatwy do wychwycenia. Wait a second, są tu także cząstki orzechów. Nadają one całości orzechowo-nugatowy wydźwięk. Osobiście nie oszalałam na jego punkcie, ale nie będę się o to czepiać, skoro nazwa czekolady brzmi Caramel Nuts (tylko gdzie ten karmel skoro tak?)
 Z kolei chrupki dodają czekoladzie niesamowitej lekkości (łudzącej zmysły na tyle, że bez problemu pochłaniałam kostkę za kostką), a te kukurydziane dodatkowo przyjemną nutę soli, intensywniejszą niż w niejednym karmelowo-solonym nadzieniu. (ekhem, Galaxy)

Kukurydziano-orzechowy smak przypomniał mi jakąś odmianę musli, także dobrze mi się jadło tą czekoladę do zimnego mleka.

Degustacja pomarańczowego Ritter Sporta przebiegła (wbrew moim oczekiwaniom) zupełnie bez szaleństw, przyjemnie, ale z pewnością nie było to coś, na co się nastawiałam. Może to po części moja wina (za duże wyobrażenia), ale i sam producent nie popisał się nadziewając całkiem niezłą czekoladę bezpłciowym nadzieniem, którego największym plusem była konsystencja. W ogólnym rozrachunku - OK, ale nigdy więcej jej nie kupię.
Ocena: 7/10
Cena: 4,99zł

czwartek, 11 lutego 2016

Ritter Sport, Honig Salz Mandel

Przez nałogowe przeglądanie ofert sklepów z niemieckimi produktami mój umysł delikatnie przestawił się na tenże język i gdy koleżanka przez telefon czytała mi opis czekolady: Milk chocolate with almonds, zupełnie nie skojarzyłam o jakim dodatku mówi. Jakie almonds? Migdały - mandel! Miód - honig! I tak dalej.
Gdybym była jeszcze w gimnazjum ta zmiana miałaby jakiś sens, ale obecnie uczę się hiszpańskiego i do naszych zachodnich sąsiadów migrować nie zamierzam, także tego..


Honig-salz-mandeln była jedną z najbardziej pożądanych przeze mnie Ritterek. Kupując ją miałam fazę na czekolady z migdałami, dodatek tych orzechów wydawał mi się taki egzotyczny i inny - w końcu to nie typowe laskowce. Chociaż obecnie już tak nie myślę, z chęcią co jakiś czas po takie tabliczki sięgam, czasami klasyka jest najlepsza. Tutaj jednak do czynienia z takową nie mamy, przez równie 'egzotyczny' i 'ekstremalny' dodatek: sól. 


W zapachu HSM niezaprzeczalnie wyróżniłam kakao, orzechy, oraz słony pierwiastek typowy dla prażonych orzechów. Pycha!

Najpierw czekolada: w pierwszej kolejności mleczno-tłusta, dopiero potem kakaowa. Rozpuszcza się lekko proszkowo, jednocześnie zalewając usta falą słodyczy, która w tej tabliczce jest dość wysoka, nawet jak na Ritter Sport. Nie są to wyżyny umiejętności tej firmy, od czasu degustacji Milk Whole Hazelnut mam wobec niej choć minimalne wymagania. Może za wysokie?


Czekolada oprócz denerwującej (mnie) proszkowości ma w sobie dodatkowo malutkie ścinki/drobinki,  które nie mogą być chyba niczym innym jak podprażoną skórką z migdała. Obok nich w postaci płateczków występuje sól, ale mimo, że natrafiam na nią już na początku, jej aromat wydaje się stonowany czy hmm, ugrzeczniony.


Migdały były wyraźnie prażone i chrupkie, to dobrze. Ich smak był uwydatniony, bardziej naturalny niż np. w Mount Momami, bo nie przytłumiony przez sól. Przy nich soli było naprawdę mało, myślę, że więcej pałętało się jej w samej czekoladzie.

Migdały podprażone, a nie przesmażone i przesolone, idealne. Czekolada mogłaby być odrobinę mniej tłusta i zdecydowanie mniej słodka, a za to dawać porządniejszego, kakaowego kopa. Soli jest jak na lekarstwo, choć może to lepiej, niżeli miałoby jej być za dużo? Z drugiej strony tyle produktów nazywa się solonymi żeby tylko przyciągnąć klientów, w końcu to takie egzotyczne połączenie. No nie wiem, przymknęłabym na nią oko gdyby nie słaba baza, której firmie posiadającej mój kredyt zaufania wybaczyć nie mogę.
Ocena: 7.5/10

niedziela, 3 stycznia 2016

Ritter Sport, White Whole Hazelnut (65g)

Ten sam producent, te same składniki, jedyne co jest nowe to gramatura. Odkąd zjadłam i pokochałam białą Ritterkę z orzechami, na tyle mojej głowy rozwinęła się myśl, żeby zrobić porównanie z pomniejszoną o 35g wersją. Okazja jednak nie nadchodziła, czekolada na przemian pojawiała się i znikała ze sklepu, aż w końcu Alma wyszła mi naprzeciw i sprzedała wcisnęła mi ją za śmieszną cenę 1,65zł. Atrakcyjny rozmiar, brak polskiego składu świadczący o zagranicznej produkcji - czy coś tu mogło się nie udać?


Mini opakowanie, mini tabliczka (więc można zjeść całą na raz) to i orzechy mini. Podział na kostki inny niż zazwyczaj, bo na dziewięć, a że dziewięć jest liczbą nieparzystą, niezbyt mi się to spodobało. Kto jednak by się przejmował technicznymi problemami, gdy zapach był tak cudowny! Czułam go robiąc zdjęcia z oddali: intensywnie orzechowy i słodki, jakby nutellowy, nugatowy? Boski.


Podekscytowana ugryzłam kawałek. Pierwsze co poczułam, to budyniowy-śmietankwy posmak, taki, jaki znalazłam w nieszczęsnym Hershey's. Zamiast nadziei, zrodziły się podejrzenia. Wraz z rozpuszczaniem się kostki, pojawiła się mocna tłustość i proszkowość. Zaraz potem taka.. Dziwność i sztuczność? Nie wiem bo w jednej chwili wydawało mi się, że ten smak jest po prostu intensywny, a w drugiej, że jest 'zbyt'.


Dodatki do czekolady pozostały bez zmian, orzechy były podprażone i chrupiące, a płatki, choć trudne do wychwycenia w smaku, dawały od siebie kolejny chrupki element. Przy większej wersji białego Rittera także narzekałam na brak aksamitności w czekoladzie, ale tutaj było gorzej, bo dochodził do tego ten dziwny smak, którego nie spodziewałam się spotkać w niemieckim produkcie.

Jedząc kostkę za kostką nie mogłam się zdecydować, czy ta czekolada była dobra czy nie. Znaczy jadło się ją dobrze, smakowała mi, ale czy "była dobra"? Porównując ją do proszkowatego Hershey'sa czy okropnej Studentskiej miały one wspólne cechy, lecz Rittera koniec końców wszamałam. Może to zasługa pysznych, prażonych orzechów? One, jak zawsze, były niezawodne. Po czterech kostkach, czyli mniej-więcej połowie zrobiłam przerwę i tego dnia już do niej nie wróciłam. Zwlekałam z tym, aż nie zaczął mnie gonić termin ważności. Nie przekroczyłam go, ale czy to możliwe, że smaki w tej tabliczce się w jakiś sposób.. sfermentowały? Przeleżały?
Bo ta tabliczka była taka zbyt, zbyt usilnie białoczekoladowa i w efekcie zalatywała chemiczną taniością. Naprawdę ciężko mi się ją opisywało przez mieszane uczucia jakie we mnie wywołała. Duże rozczarowanie.
Ocena: 6/10
Cena: 1,65zł (promocja, Alma)



środa, 23 grudnia 2015

Ritter Sport, Golden Edition: Goldschatz

Ja po prostu nie wierzę w to co się właśnie stało. Jak wiecie (lub nie, raz czy dwa o tym wspominałam ;)) przez długi szukałam po sklepach RS'a Karamell Nuss, którego wcześniej widywałam w mojej Almie często, potem nagle słuch o nim zaginął. Jeździłam po różnych marketach, szukałam w internecie, byłam nawet w hurtowni maan-premium i nic.
Pogodziłam się z tym, że już go nie dostanę.. Aż do wczoraj, gdy szukając jednej rzeczy na stronie Decathlonu zupełnie przypadkowo (taa) wpisałam w wyszukiwarkę frazę "czekolada". Zgadnijcie co tam znalazłam.. Zgadnijcie, co kupiłam za 4,99zł przelewem (xD) z darmową dostawą do paczkomatu. Po tych paru miesiącach szukania, tak po prostu znalazłam ją w Decathlonie? Czy ja śnię?!
~ ~ ~

Będąc już w temacie Ritter Sportów: za dzisiejszą degustację odpowiada moja kochana koleżanka-imienniczka, a właściwie jej tata, który przywiózł tą wspaniałą 250-cio gramówkę z Niemiec. Także im możecie podziękować ze ślinienie się do ekranu na widok produktu, którego za chiny nie dostaniecie w Polsce i nawet nie zobaczycie na oficjalnej stronie Rittera :D


Ritter Sport Golden Shiny Beautiful Edition miałby ogólnie trochę z górki ze względu na okoliczności jedzenia: na podłodze, pośród śpiworów i ludzkich ciał, w ogólno-konwentowym szale. Na szczęście uświadomiłam to sobie jeszcze tam i wyprosiłam od koleżanki kostkę specjalnie do wszamania w zaciszu domowym. To tak gwoli sprawiedliwości, choć moja ocena, krótka i konkretna, za bardzo się nie zmieniła.


Kostki są wyższe niż w przeciętnych, stu-gramowych tabliczkach RS. Normalnie bym na to psioczyła, ale że do dyspozycji miałam ich parę, a nie całe 250g, obiecywało to tylko więcej czekoladowej przyjemności. O zapachu niestety za wiele się nie wypowiem, od tygodnia mój nos nie jest w najlepszej formie. Na pewno był przyjemny i kakaowy, do tego także mleczny.


Czekolada daje się gryźć warstwami, o podobnych pisałam tutaj. Jej konsystencja i zachowanie pod wpływem ciepła jest idealne: rozpuszcza się bagniście i przywodzi na myśl tłuściutkie mleko.

Smak Złotego RS'a to przykład idealnej harmonii: kakao w stosunku do mleka i cukru jest akurat. Wystarczająco, by móc rozkoszować się jego smakiem, pamiętając jednocześnie, że jest to mleczna czekolada. Żadne wytrawne gorycze, po prostu jego przyjemny smak. Obok niego słodycz, która także jest odpowiednio stonowana.  I mleczność, bezkresna i naturalna.
O ile Cachet była przykładem czekolady wyrazistej i niemożliwej do przesłodzenia , tak Ritter Goldshatz jest dla mnie doskonałą  mleczno-kakaową tabliczką. Chciałabym móc rozkoszować się nią dłużej, ba - myślę że zjadłabym całe 250 gram! Gdziekolwiek zobaczycie - kupcie.
Ocena: 8/10
Cena: bezcenna, mwahaha :D


Korzystając z okazji chciałam wam życzyć leniwych, ciepłych i pełnych dobrego jedzenia świąt. Żeby nie liczyć każdego pierożka i kawałka makowca. Żeby nie przejeść się tak, że nawet na sięgnięcie po kolejne ciastko nie będzie siły. I żeby walcząc o największy kawałek ryby po grecku (tudzież innej, ulubionej potrawy) nie zapomnieć o miłości do swoich bliskich i nie podrapać ich twarzy tak bardzo :D

czwartek, 17 grudnia 2015

Ritter Sport, Vanilla Chai Latte

Odkąd przeczytałam jedną z pierwszych recenzji w słodyczowej blogosferze, a mianowicie opinię czoko o białej Ritterce z kokosem, za punkt honoru wzięłam sobie że kiedyś spróbuję ritterowej limitki. Trochę minęło od tego czasu i dopiero teraz nadarzyła się ku temu okazja, wraz z pojawieniem się zimowej edycji limitowanej. Gdy zobaczyłam Vanillę Chai Latte i jej dwie koleżanki w sklepie, z miejsca rzuciłam się po wszystkie trzy, ale koniec końców wzięłam tylko tą jedną. Po chłodnej kalkulacji doszłam do wniosku, że w sumie tylko jej smak mnie interesuje, więc po co mam kupować pozostałe. I to wcale nie miało związku z tym, że wzięłam jeszcze parę innych, nielimitowanych, ale równie ciekawych pozycji ;)


Szczęśliwie zdjęcie opakowania zrobiłam tego samego dnia i nie musicie podziwiać go w świetle lampki biurowej, a zwykle się tak kończy gdy zasiadam do podwieczorku po godzinie 16. Szczęśliwie też dlatego, ponieważ nie wiem jakim cudem nie sfotografowałam samej czekolady i jestem na siebie potwornie zła, bo jest to nieodłączną częścią każdego posta. Sama bardzo lubię oglądać zdjęcia u innych, szczególnie, gdy są przemyślane i dobrej jakości.

(Źródło: http://www.kirstin-testet.de)

Zapach czekolady był zagadką. Czułam przytłumioną mieszankę przypraw i było w nich coś ostrawego, za to nie czułam samej czekolady. Trochę bałam się powtórki z plastikowej Olympii, tzn. tego że sama baza będzie kiepskiej jakości. Nie było innego wyjścia jak spróbować i na szczęście moje obawy zostały rozwiane. 

Czekolada była, jak na Rittera, wyśmienita. Głęboka i kakaowa, leniwie ukazywała swoje oblicze. Do tego przeszła smakiem wcześniej wspomnianych przypraw, subtelnie, ale wystarczająco żeby ucieszyć. Topiąc się jak na sportową czekoladę przystało, szybko odsłoniła swoje wnętrze, które okazało się zbite i tłustawe. Szczerze byłam trochę zaskoczona i trochę zawiedziona zarazem, gdyż podświadomie liczyłam na delikatny mousse. 

Smakując je w pierwszej chwili poczułam lekkie szczypanie na języku, jakby wywołane dodatkiem cynamonu lub imbiru. Chwilę później ujawnił się ogół przypraw korzennych, taka typowa mieszanka do piernika, tylko niestety - bardzo delikatna. Struktura nadzienia była trochę ziarnista, czułam to szczególnie trzymając je długo na języku i w sumie dawało to miłe skojarzenie z drobinkami przypraw lub strzępkami czarnej herbaty. Tak jak zostało nam obiecane, tak i ona (herbata) po pewnym czasie się ujawniła, razem z waniliową nutą nutką i cieniem goryczki. Gdyby takie nadzienie zostało wykonane mistrzowską ręką, a przynajmniej z lepszych składników i przez lepszą firmę, ten opis mogłabym zwieńczyć okrąglutką 10. Jednakże tworowi Rittera dużo do tej oceny brakuje - smak przypraw, już od początku mało wyrazisty, po pewnym czasie zostaje przytłoczony przez rosnącą słodycz, cukrową i banalną. Razem z tym przyszło skojarzenie z czekoladkami Alpini, które, powiedzmy sobie, nie są najwyższych lotów i zdecydowanie nie należą do moich ulubionych słodyczy. I znów - mogło być super, wyszło mocno średnio, podobnie jak z Olympią.
Ocena: 7-/10
Cena: 4,99zł

piątek, 4 grudnia 2015

Ritter Sport, Olympia

... czyli dobry przykład na to, jaki wpływ ma wygląd na nasze nastawienie. Wiadomo, że najważniejsze jest wnętrze, ale gdyby nie smakowita grafika i złoty blask bijący z opakowania, na Olympię najprawdopodobniej nie zwróciłabym uwagi (zwłaszcza po paru niepochlebnych recenzjach, z którymi się spotkałam). Ten przykład akurat dotyczy czekolady, więc może wydawać się błahy, ale coś w tym jest, że nawet jeśli nie chcemy, to i tak oceniamy innych po wyglądzie. No, chyba że ktoś, pomimo takich czy innych fizycznych mankamentów, potrafi je przyćmić pewnością siebie, otwartością, życzliwością itd. Szczerze zazdroszczę takim ludziom, ja bym tak nie umiała.

Tak czy kwak, Olympia śniła mi się po nocach, nękała zdjęciami w internecie, aż tu któregoś dnia zobaczyłam ją w sklepiku koło szkoły. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, a z drugiej nękała mnie obawa, czy nie okaże się równie wielką klapą co Hershey's.


Jak wspominałam, opakowanie jest cudowne i zasłużyło na miejsce w mojej mini-kolekcji.
Skryta w środku tabliczka (nie?)stety nie błyszczała się jak złoto, ale za to miała smakowity, kakaowo-jogurtowy zapach.


Samej czekolady było wg. mnie dość mało, nawet jak na nadziewane Rittery. Sądząc po opakowaniu - produkowana na rynek niemiecki, więc oczekiwałam mleczno-kakaowej bomby (jak w Whole Hazelnut). Zamiast tego baza Olympii była głównie tłusta, a jednocześnie mało treściwa i miałka. Przy którejś kostce poczułam w niej orzechowość i wtedy spojrzałam na nią nieco przychylniej. Już po degustacji naszło mnie skojarzenie z plastikowym i tłustym Monte.


Nadzienie jest bliźniaczo podobne do tego z RS Yoghurt: kwaskowe, tłuste, jak na jogurtowy smak dość delikatne. Samo byłoby przeciętne, ale na szczęście miało w sobie elementy chrupiące: ja wyczułam kawałki orzeszków i chrupki kukurydziane. Co ciekawe, czy raczej - zastanawiające, tych drugich nawet w składzie nie ma.. Ale nieważne, wróćmy do konkretów: o ile zazwyczaj gardzę pokruszonymi orzechami, tak tutaj sprawdziły się naprawdę dobrze. Pomimo rozmiaru miały wyczuwalną, mięsistą konsystencję, a ich smak - wyraźny i podprażony - przeszedł całą czekoladę. Czułam je zarówno w gładkiej części nadzienia, jak i wcześniej wspomnianej, iście "Monte'owej"(?) bazie.

Do szczęścia brakowało mi jeszcze miodu, o którego istnieniu (a raczej: zapewnieniu), przypomniałam sobie drugiego wieczoru jedzenia Olympii. Przy trzech ostatnich kostkach skupiłam się tylko na tym, żeby go znaleźć,  ale niestety nic z tego nie wyszło. Wiem, że w składzie widnieje i to nawet w paru procentach, jednak ani trochę nie przekłada się to smak. Szkoda, pasowałby mi do orzechów i jogurtowego kwasku.

Martwiłam się ja Olympią i martwiłam, a nie taki diabeł straszny jak go malują. Pierwszego dnia średnio mi smakowała, następnego było już lepiej. Do poprawki na pewno dałabym samą czekoladę, która jest najsłabszą z dotychczas mi znanych Ritterek, a oprócz tego podkręciłabym nadzienie i dodała do niego więcej miodu. Końcową oceną będzie szkolna czwóreczka, a w skali dziesiątkowej..
Ocena: 7/10
Cena: 4,99zł

piątek, 13 listopada 2015

Ritter Sport, Mini-bunter mix: Knusperflakes, Marzipan, Haselnuss, Nougat

Wreszcie się zebrałam i rozprawiłam z drugą częścią miniaturek od RS'a; Notatki sporządzone podczas ich jedzenia walały mi się po komputerze i wprawiały w nieziemskie poczucie winy. "Czemu rozdzielasz nas od naszych braci? Oni mieli szansę zabłysnąć na blogu już dwa tygodnie temu!" - krzyczały, a ja próbowałam je uspokoić, wytłumaczyć sytuację, ale wiecie.. Ciężko się z nimi dyskutuje. A gdy sięgnęły po swoją sekretną broń, czyli Zaklejającą Usta Słodycz i Moc Brudzenia i Zlepiania Palcy (tak, żebyś nie mógł się bronić), nie miałam innego wyjścia i spasowałam. Tym sposobem postał post, a razem z nim ten dziwny wstęp i wyjątkowo rozmazane zdjęcia. Przynajmniej czekolada była smaczna. c:
~ ~ ~

Knusperflakes


Pachnie słodko-kakaowo i tak też w dużej mierze smakuje. Troszkę za dużo cukru, ale bez tragedii, za to jest to (przyjemnie) słodkie kakao, które naprawdę bardzo lubię w Ritter Sportach.



Kukurydziane chrupki są.. Ja wiem, może trochę mniej "kukurydziane" niż w bliźniaczej Fin Carre, ale że tamte czekolady nie są zbyt popularne to i takie porównanie wiele warte nie jest. Na pewno bardzo chrupiące, co w miększej czekoladzie czy nadzieniu mogłoby być problematyczne, ale tutaj jest w porządku bo i sama czekolada do 'rozlazłych' nie należy. Wszystko jest zwarte, konkretnie słodkie i smaczne. Ale za ten cukier więcej nie dostanie.
Ocena: 7/10


Marcepan - mój odwieczny wróg


Kakaowo-"deserowy", lekko.. kwaśnawy(?) zapach. Tak się waham bo nie wydaje mi się, żeby ta czekolada miała tyle kakao, żeby mogła być kwaśna.


I bynajmniej nie jest - trochę plastikowa, trochę bezsmakowa, ale ogólnie do przeżycia. Osobiście wyróżniam dwa typy deserówek, czyli a) omójbożejakiedobre lub wyjątkowe w inny sposób (Lindt, Jedyna), lub b) bardzo nijakie, gorsze od przeciętnej mlecznej (Wawel, polewa z tanich czekoladek). Ta zalicza się do drugiej kategorii.


Kryjący się w środku, mrożący krew w żyłach marcepan jest (dosłownie) gliniasty, jak pozlepiany pasek. Jego smak nie jest tak intensywny, jak mógłby być (yyyeeeuuu fu.), ale i tak nic dobrego w nim nie znajduję. Ot, mniej twarz skrzywiający niż zazwyczaj.
Ocena: 4,5/10


Nougat


Ohoho, na niego czekałam. Lata świetlne (aka z rok) temu go jadłam i byłam nim zachwycona. Jak było dzisiaj?


Po zapachu - obiecująco, bo intensywnie, ciężko, upajająco. Orzechowo-nutellowo, choć tej drugiej pani miałam nadzieję w środku nie znaleźć.
Czekolada jest odrobinę plastelinowa, słodka i kakaowa. Ogólnie podobna do innych miniaturek, ale jakby coś z konsystencją było nie tak, ta glinowatość podawała w wątpliwość jej świeżość. Z pewnymi obawami wzięłam się za środek, który był gęsty i zalepiający. Nie tłustawy i topiący się, a taki mulisty. W smaku, tak jak pamiętam, mocno orzechowy, no po prostu dobry nugat. Ale ta gęstość.. Coś było nie w porządku. Niestety nie miałam drugiej sztuki żeby móc je porównać, ale jestem pewna, że pełnowymiarowa wersja tej tabliczki nie była taka. Pamiętam kremowość, delikatność.. Tutaj tego nie znalazłam. Jeśli musiał mi się trafić trafny egzemplarz, to dlaczego akurat tego smaku?! ;_;
Ocena: 7/10

Haselnuss


Ech, te rozdrobnione orzeszki. Rzecz dla mnie niezrozumiała, po co niszczy się twór idealny, ale jak dali to spróbować trzeba.


Czekolada - standardowo inna od teoretycznie identycznych poprzedniczek, w tym wypadku na plus: aromatyczna, wybornie kakaowa, gęsta. Chciałoby się rzec - obfita. Nie będę próbować tłumaczyć tego skojarzenia, taka jest i kropka.
Z drugiej strony: rozdrobnione orzechy, które nie dają tyle szczęścia i smaku jak te nienaruszone. Brak mi było porządnie chrupiącego efektu. Te kruszynki wręcz odrobinę mnie denerwowały, bo jedzeniu tej tabliczki nieustannie towarzyszyło uczucie resztek za zębami. A to były orzeszki. :(
Cry every time.
Ocena: 7,5/10
Cena: 8,50zł za zestaw


Zupełnie nieważne post scriptum:
Coś mi odbiło i naszło mnie na podzielenie się czymś o mnie z wami. W końcu czemu nie? Nie dzielę się za bardzo swoimi zainteresowaniami tutaj, a kto wie, może znajdzie się ktoś z podobnym gustem do mnie?
Jeśli kogoś nie zainteresuje - 'widzimy' się przy następnej recenzji :)

Na początek - w życiu miałam trzy ostre 'fazy', z których dwie wspominam dobrze, jedną mniej.
1) Wrestling - tak tak, mała Zosia uwielbiała patrzeć na bijących się facetów w (cytując moją mamę:) "kolorowych spodenkach". Od wieku ok. 10 lat do 13 było to całe moje życie <3
2) Anime - ze dwa lata temu zaczęłam oglądać i później cały rok spędziłam tylko na tym. Oczywiście potem miałam przesyt i patrzeć na to nie mogłam. A teraz oglądam znów (umiarkowanie). Jeśli ktoś też jest fanem, może się ujawnić w komentarzu :D
3) Diety, sport, odżywianie - od ćwiczeń z panią Chodakowską, przez bieganie aż do domowej siłowni. Spora zajawka przez którą miałam się za panią Wszechwiedzącą. Znaczy trochę to wiem, ale ja raczej mówiłam jedno (Nie jem cukrów, białego pieczywa, blebleble) a potem robiłam kompletnie głupie rzeczy, nad którymi nie warto się teraz rozwodzić. Nie polecam, naprawdę lepiej posłuchać przyjaciół i bliskich, którzy mogą nie wiedzieć czym jest indeks glikemiczny, a koniec końców przejawiają większe objawy zdrowego rozsądku ;)

To by było na tyle póki co. Kto nie usnął, chwała mu i do zobaczenia następnym razem.