Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolfin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolfin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 stycznia 2016

Dolfin: Ciemna 70%, Ciemna z pomarańczą, Ciemna z różowym pieprzem

Dzisiejszym wpisem mój blog żegna się z miniaturkami od Dolfina. Nie zostawiałam specjalnie niczego na koniec, chciałam przedstawić je wam zgodnie z chronologią jedzenia. Były wzloty i upadki, ale jestem przekonana, że na tym nie zakończę przygody z tą firmą - mam to szczęście i Almę w pobliżu domu, więc na dostęp do czekolady nie narzekam. Jakbym jeszcze trafiła na promocję.. :D
~ ~ ~ ~

Ciemna 70%


Zapach delikatny, mój nos na-wpół-sprawny, więc przejdźmy od razu do smaku.


Było jednocześnie gorzko (kawowo) i cierpkawo, myślę, że oba te smaki były na równi. I w dodatku odebrałam je jako naprawdę intensywne! W tej cienkiej płytce było tyle smaku, który przy innych wariantach - np. Earl Grey - wydawał mi się raczej wątły. Oczywiście, razem z typowo kakaowymi nutami czułam tutaj wyraźną, jak na te procenty, słodycz. Choć jadłam je innego dnia, wiedziałam, że była o wiele słodsza niż ta 88%.  Za to uczucie pylistości, która osadzała się na języku, było praktycznie takue same.

Choć ta miniaturka była także mocno kakaowa, i przy tym słodsza niż jej czarna koleżanka, to tamta smakowała mi bardziej. Jakoś tak odebrałam ją jako bardziej czekoladową, choć teoretycznie tej bliżej jest do 'słodycza'. Ode mnie dostanie niższą ocenę, ale także polecam jej spróbować.
Ocena: 7.5/10


Ciemna z pomarańczą, czyli przykład na to, jak nie wzbudzać we mnie entuzjazmu.


Zapach z pewnością sugerował udział cytrusów, choć czy akurat pomarańczy..?


Czekolada wydała mi się zaskakująco aksamitna; Nie wiem, czy przy poprzednich nie zwróciłam tak na to uwagi, czy wyróżniało to akurat tę. Smak pomarańczy był jakby wtopiony w czekoladę, trochę skórkowy, trochę naturalny. Wbrew moim przewidywaniom nie znalazłam w środku pomarańczy w 'fizycznej' postaci. Nie powiem, żebym była rozczarowana.
Pomarańczowość przeszła przez podniebienie razem z kakao i lekką goryczką.

Krótko mówiąc jest to przyzwoita czekolada z niezbyt trafionym (dla mnie) dodatkiem. Mimo to smakowała mi, była subtelniejsza od Lindt'owego odpowiednika i zarazem mniej słodka. Ponieważ bbie wersje miały plusy i minusy, myślę, że należy im się ta sama ocena.
Ocena: 7.5/10


Na sam koniec, (czy chwalebny - jeszcze nie wiem) wzięłam uroczą, różową płytkę skrywającą czekoladkę ciemną z różowym pieprzem.


Nie wiem czemu, ale obie kosteczki z tego (i tylko z tego) wariantu rozpadały mi się w rękach, gdy wysuwałam je z papierka. Czy to aromat pieprzu rozsadził je od środka? Możecie się śmiać, ale ja już w zapachu czułam go wyraźnie, co lekko mnie zaskoczyło.. W końcu dla mnie był to pierwszy raz z popieprzoną pieprzną czekoladą.


Tabliczka jest wyraźnie bardziej gorzka od poprzedniego wariantu. Rozpuszczając ją w ustach ciągle czekałam, aż zaleje mnie fala ostrości i będę musiała biec do kuchni po wodę. Nie stało się to jednak, chociaż "coś" działo się od początku: czułam smak pieprzu, ale nie jego ostrość.

W końcu mój język natrafił na coś twardszego i postanowiłam to rozgryźć. Okazało się to naprawdę sporą grudką pieprzu! Jakby ktoś mielił go przez młynek z dużyyymi oczkami. Przeraziłam się i przygotowałam na najgorsze, jednak po chwili (która wydawała się wiecznością), pomyślałam: hej, nic się nie zmieniło. Dalej czułam pieprzny smak, ale podniebienia mi nie wypaliło. Zaskoczenie, ale czy zawód.. Nie wiem, grunt, że mi smakowało!
Ocena: 8/10

~ ~ ~ ~ ~

Do największych zaskoczeń Dolfina na pewno zaliczę kawę i 88% i je będę polecać  wszystkim :) Reszta - to już zależy od gustów (wyłączając lawendową, zło wcielone).
 Bardzo się cieszę, że miałam możliwość je testować. Oby więcej takich trafów w przyszłości ^^




poniedziałek, 11 stycznia 2016

Dolfin: Ciemna z nugatem, Ciemna 88%, Mleczna z cynamonem

Witajcie. Macie jakieś skuteczne sposoby na sen? Co robicie, gdy nie możecie spać? Wszystkie rady bardzo mile widziane.
~ ~ ~ ~ ~


Ciemna z nugatem, czyli klasycznie: zapach niepozorny, jak za to ze smakiem?


Przewracając językiem kostkę raz po raz pomyślałam, że jej rozpuszczalność w skali stu punktowej wynosiłaby 1.
Pierwsza uwolniła się goryczka i to dość solidna. Jak już wcześniej wspominałam, jest w niej palona, kawowa nuta. Zaraz potem rozgryzłam coś chrupiącego, co zapewne było orzechem, ale smaku orzecha nie miało. Dopiero po chwili, gdy kostka się już kończyła, przez moje usta przeleciała fala falka orzechowego smaku, powiedziałabym, że ich charakterystycznej goryczki. Zdołałam nawet określić, że były to orzechy laskowe i oczywiście ucieszyłam się z tego faktu. Koniec końców, nazwa Nougatine zobowiązuje.

Wart odnotowania jest fakt, że gdy zamiast rozpuszczać szybko rozgryzłam czekoladę, wydała mi się ona pełniejsza smaku. Kolejny dowód na przewagę tego sposobu jedzenia. Było smacznie, naprawdę smacznie.
Ocena: 7.5/10

Ciemna 88% - jej to się o tyle bałam, że Lint 85% był dla mnie za ostry i szczerze niezbyt mi smakował. Tutaj 3% więcej, czarne opakowanie.. Strach się bać.


W zapachu było coś ciężkiego, co skojarzyło mi się z przesiąkniętym wilgocią drewnem.


Po pierwszym gryzie (i obowiązkowej chwili oczekiwania) poczułam gęstą, przyjemną gorycz i już wiedziałam, że będzie dobrze. Czekolada była wyraźnie pylista, ale jeszcze dała się po ludzku rozpuścić (choć i tak wolałam ją gryźć). Przy odłamaniu większego kawałka jej gorycz kumulowała się i prawie że przechodziła w kwaśność - tak gorzkie że aż kwaśne? Nie przeszkadzało mi to o dziwo, były to chwilowe, ulotne wrażenia.

 Po całej kostce nie został na języku nawet cień słodyczy, mimo że w czasie jedzenia, mam wrażenie, ujawniała się. Delikatnie jak delikatnie, ale naprawdę cieszyłam się, że nie mam do czynienia z czekoladą 90% wzwyż. Przy takiej pewnie wymiękła, a tu czułam się nadzwyczaj dobrze. Ta czekolada była tak dobra, tak mocno czekoladowa!
Ocena: 9/10

Mleczna z cynamonem:


Zapach bliźniaczo podobny do klasycznej mlecznej, która, jeśli pamiętacie, ewidentnie pachniała dla mnie przyprawą.


Kosteczka, nawet będąc au lait rozpuszczała się powoli, zalepiając mi usta kakaowo-mleczną masą. Śmietankową i przyjemną. Ale jakąś taką.. zwykłą. Co, hę, że niby przyprawy? No nie wiem, zaczęłam już się zastanawiać czy to kolejny niewypał, czy czekoladki faktycznie za długo w szufladzie przeleżały.. Aż tu nagle, ni stąd ni z owąd, pojawiło się szczypanie na języku.
Tak, już można się cieszyć, bo dobrze zwiastowało: słodycz przybrała na sile, a wraz z nią poczułam smak cynamonu, który na szczęście nie odpuszczał aż do końca.  Symfonia mleka, cukru, kakao i świątecznej przyprawy. Czy to było dobre? Oj, jeszcze jak! Nie powalające jak ostrra Hot Masala, ale dalej bardzo dobre.
Ocena: 8.5/10

wtorek, 5 stycznia 2016

Dolfin: Ciemna cytrynowa, Ciemna z imbirem, Mleczna z kawą

Przygód z Dolfinem ciąg dalszy.
~ ~ ~ ~ ~

Ciemna cytrynowa, czyli opcja ciekawsza dla mnie od pomarańczowej. Nie wiedziałam, w jakiej postaci miała być ta cytryna, trochę bałam się kwaśno-gorzkiej skórki.


Trzask pod zębami i powolne topienie się czekolady. Pierw samoistnie uwolniła się gęsta gorycz, którą ja odebrałam jako typowo kawową.  Rozlewała się ona po mojej buzi aż w końcu, w pewnym momencie, poczułam kwasek i cytrusową świeżość. Nie pochodził on jednak z cytrynowej cząstki czy innego ciała stałego, po prostu się pojawił, a chwilę później, równie szybko (jeśli nie szybciej), znikł.


W międzyczasie z serca czekolady płynęła delikatna słodyczy. Nie pokazywała się wyraźnie, jej obecność odnotowałam raczej po tym, że przełamywała inne smaki.

Według mnie ta czekoladka była bardziej aksamitna, gładsza i ogólnie przyjemniejsza od poprzednich. Mimo to kosztując tych Dolfinów narastały we mnie coraz bardziej mieszane uczucia. Tutaj za samą bazę chciałabym dać 7.5/10, bo było smacznie i gładko, ale gdzie ta cytryna?
Ocena: 7-/10


Idąc po bandzie następną wzięłam mleczną z kawą, która ciekawiła mnie o tyle, że nie nazwano jej "kawową", a "z kawą" właśnie.


Zapach specjalnie się niczym nie wyróżniał, na pewno nie czułam w nim kawy.

Ogółem czekoladka jest w odbiorze gładka i maślana, chociaż na początku mój język trafił na coś twardego. Zanim kawałek się roztopił i dostałam się do znaleziska, poczułam wyraźną słodycz i mleczność bez zbędnego tłuszczu. To za nie Dolfina au lait tak polubiłam. W tle także jest kakao, ale jego rola mimowolnie zostaje zepchnięta na bok gdy w środku znajduję..


..drobinki kawy! Miękkie, albo inaczej: takie do zgryzienia, jak większe granulki kawy rozpuszczalnej. Kawowe i gorzkie tak jak powinny. Serio, czasami gorycz walnęła tak, że aż twarz mi wykrzywiło. Ale jak świetnie łączyła się ze słodką czekoladą! Pierwszy raz miałam okazję jeść dosłownie czekoladę z kawą, gdzie tabliczka sama w sobie nie była niczym aromatyzowana, cały smak pochodził z tych drobinek. Według mnie to genialne rozwiązanie! O ile kawowych słodyczy nie lubię, tak Dolfin lait cafe kupił mnie totalnie. Póki co, najlepszy próbowany wariant ze wszystkich miniaturek.
Ocena: 10/10


Jak już idziemy w mocne, to przyszedł czas na ciemną z imbirem.


Trochę jej się bałam, ponieważ nie było w składzie innych przypraw poza imbirem (zupełnie inaczej niż w Hot Masala), a ja nie jestem wielką fanką jego smaku  (chociaż wiem, że ze słodyczą zazwyczaj komponuje się dobrze).


Już od pierwszego ugryzienia poczułam ostrość, co trochę mnie zestresowało. Zaraz za nią walnął smak imbiru, niemożliwy do pomylenia, w związku z czym ciśnienie podskoczyło mi po raz drugi. Na przekór sobie, zaczęłam jeść tę czekoladkę coraz szybciej - i coraz bardziej zaczęła mi ona smakować. Intensywny smak kakao mieszał się z korzenną pikantnością. Było w tym coś orientalnego i ujmującego. Jakaś lekka słodycz się czaiła, ale szczerze, zupełnie nie zwróciłam na nią uwagi. Liczyła się tylko fuzja gorzko-ostrego smaku, którego natężenie było dla mnie "akurat". Dla wprawionych smakoszy to najpewniej będzie pikuś, żadne wyzwanie, ale ja do takowych nie należę. Czekoladka bardzo mi smakowała i za to z uciechą wystawiam jej..
Ocena: 8/10

Coby zakończyć wpis jak najbardziej pozytywnie, przesyłam wam fale ciepłej duchowej energii i życzę wytrwałości w starciu z panującymi mrozami. Ja na co dzień mam wrażenie jakbym wracała do domu z odmrożonymi nogami, ale mimo to trzymam się dzielnie. Tylko w duchu trochę klnę.
;)

czwartek, 31 grudnia 2015

Dolfin: Mleczna, Ciemna z earl grey, Ciemna z lawendą

Rozpoczynając Nowy Rok na blogu chciałam to zrobić z pompą, więc i z wyższej jakości produktem, coby dobrze zarokować sobie na resztę miesięcy :D Do tego zadania wybrałam miniaturki Dolfina, których degustację zakończyłam wraz z końcem grudnia i efekty przedstawię wam w czterech częściach. Żeby jednak nie było monotematycznie, zbiorcze recenzje będę przeplatać innymi - mam nadzieję, że wszystkim taki system przypadnie do gustu^^. Z miejsca też chciałabym was prosić o szczerą opinię, czy mielibyście chęć czytać wpisy co dwa dni, czy pozostać przy systemie trzydniowym? Zrobiła mi się kolejka i chcę ją zredukować, ale też nie chciałabym rzucać wpisów za często, jeśli nie wszyscy mieliby ochotę je czytać ;)
Dobra, koniec spraw technicznych, zacznijmy naszą słodką, delfiniastą przygodę!



Na pierwszy ogień poszła (nie?)zwykła mleczna.



Zaczęłam jak zwykle od testu niuchania i od razu zostałam przed Dolfina zaskoczona: do mojego nosa dobiegł zapach przyprawy, podobny, jak pamiętam, do tego z Hot Masala, tyle, że trochę słabszy. Zaraz, wait, przecież to wariant mleczny, bez żadnych udziwnień.. Ciekawe.


Jako że element jest tylko jeden, smakowanie powinno pójść łatwo, nie? Czekolada jest mocno mleczna i wyrazista w smaku nawet przy tej grubości. W sumie żałuję, że nie była grubsza, wyobrażam sobie, że wspaniale zaklejałaby buzię. Jednocześnie nie jestem pewna, czy nie okazałaby się wtedy za słodka, gdyż cukru było w niej więcej niż się spodziewałam (ale jeszcze nie za dużo).

Pomijając przyjemny, pozbawiony goryczki smak kakao, równie wyraźnie (jeśli nie wyraźniej) czułam jakąś ostrawą nutę, jak wcześniej wspomniałam, przyprawową. Wanilia? Nie wiem.Ta nutka pikantności jest dla mnie niezrozumiała, ale muszę przyznać, że idealnie wpasowała się w panujący wtedy klimat ;)

No i cóż, ocenianie po tak małej ilość jest trudniejsze niż myślałam. Miałam do dyspozycji dwie kosteczki, a czuję że mogłabym ich zjeść 10 razy tyle. Moja ocena może być trochę nieadekwatna do faktycznego smaku, daje ją na zasadzie "mi się wydaje".
Ocena: 7.5/10

Jako drugą wybrałam ciemną z earl grey, na ogół słyszałam o niej niezbyt pochlebne opinie i byłam ciekawa, jak mają się one do rzeczywistości.


Pachnie podobnie "pikantnie" co mleczna, ofc. z wyraźniejszą nutą kakao.


Najpierw leniwie wyłania się smak kakao. Dobry, z typową goryczką i cieniem kawowego posmaku. W przeciwieństwie do wcześniej jedzonej mlecznej, jej grubość wydaje mi się idealna.
Kostka rozpuszczając się zostawia po sobie szorstkie drobinki. Są one lekko gorzkawe, a teksturą przypominają mi właśnie zaschnięte liście herbaty. Ale czy smakują herbatą? Niestety, chociaż formą od razu się z nią kojarzą, to smakiem nie wnoszą prawie nic. Jeśli jedząc czekoladę poczułąbym Earl Grey'a, byłaby to raczej siła sugestii.
Czekoladka dobra, ale zupełnie niezgodna z nazwą.
Ocena: 7-/10

Na końcu przyszedł czas na równie tajemniczą, ciemną z lawendą.



Oczekując co najmniej zapachu łąki z okresu kwitnącego lata zbliżyłam nos i.. Szlag by to. Wszystkie czekoladki pachną dla mnie tak samo, albo mój węch już szwankuje. Znaczy jest ostatnio trochę przytłumiony, ale to już  przesada.


Chrupie pod naporem zębów, wydając  przy tym dźwięk łamanej plakietki.

Baza specjalnie nie różniła się od tej z Earl Grey, przejdę więc może do dodatku lawendy.
Jej drobinki ukryte w środku są 'w dotyku' papierowo-kartonowe i.. Bleh, gorzkie! Gorzkie, gorzkie, gorzkie. Czy może chociaż szlachetnie gorzkie? Lawendowo gorzkie? Mogę mieć plebskie kubki smakowe, bo ani przez chwilę tak nie pomyślałam. Nawet nie umiem ich smaku do niczego porównać, wiem tylko, że były niedobre. Może stare? Data ważności zbliża się ku końcowi, ale jeszcze go nie osiągnęła.

Gdy gryzłam kostkę całościowo i szybko, przykry smak wiórków nie był tak wyczuwalny. Od biedy można go było uznać ze część czekolady.

Ogólnie nie wiedziałam czego się spodziewać, dotąd nie jadłam nigdy czekolady z lawendą i szczerze? Więcej takiej szukać nie będę.
Ocena: 6-/10

Jak widzicie, początek mojej przygody z miniaturkami Dolfina nie był fenomenalny, ale zdradzę wam, że potem było już lepiej ;) See ya!

piątek, 25 grudnia 2015

Dolfin, Mleczna z solonym karmelem

.. A w oryginale: Au lait au caramel & beurre sale.


Jak pięknie ona trzaskała.. Tak powinny brzmieć wszystkie mleczne czekolady! Zapach był bardzo intensywny, czułam go nawet z daleka. Słodko-kakaowo-karmelowy, zapowiadało się na bardzo miłą degustację.
Podzielenie tabliczki - standardowo na sześć kostek, tym razem wydała mi się jakby masywniejsza? Ale może to tylko złudzenie.


Od pierwszej chwili czułam smak karmelu. Wysunął się na przód i nie odpuszczał. Był w nim coś odrobinę kajmakowo-wytrawnego, jeśli ma to jakiś sens. Czekolada topiła się powoli i przyjemnie zalepiająco. Słodycz była wyraźna, ale nie zbytnia. A raczej, było w niej coś 'szlachetnego': to trochę wyolbrzymienie, ale nie był to chamski cukier, płynął z dobrej czekolady i kawałków karmelu tak, jak powinien.

A o tych karmelkach mówiąc: są to małe grudki, nieuchwytne dla obiektywu aparatu. Przy rozgryzieniu, czy raczej - rozkruszeniu chrupią jak kryształki soli i taką też solą smakują! Oczywiście bez przesady, ale lekka, gorzko-słonawa nuta jest niezaprzeczalnie obecna. Patrząc po opakowaniu spodziewałam się, nie wiem czemu, słodkich karmelków, co na szczęście jest nieprawdą.


Jedząc czekoladę jednocześnie dobiega do nas słodycz, wyraźna, choć nie cierpka kakaowość, a w tle ciągle stoi palony posmak karmelu. Jednocześnie miałam wrażenie, że błąka się tu gdzieś pewna truflowa nuta. Na początku chciałam ją nazwać alkoholową, ale to jednak nie to samo, nie ma w sobie ordynarnego posmaku procentów - jeśli moje wspomnienia nie są zamglone, to podobny, charakterystyczny smak znalazłam w mlecznej Goplanie. To intrygujące, a w tym zestawieniu pozytywne.

Przez te odmienne  (choć współgrające ze sobą) smaki, słodycz nie daje się we znaki tak mocno jak myślałam. Po prostu za dużo się dzieje, żeby mogła zdominować tą kompozycję.


Ocena.. Szczerze nie sądziłam, że ta czekolada będzie tak charakterna. Spodziewałam się cukru w cukrze w lepszym niż zwykle wydaniu; Tylko po części pokrywa się to z prawdą, bowiem Dolfin au caramel & beurre sale to mieszanka słodko-gorzka, kakaowo-karmelowa. I słonawa do tego! Kolejna dobra propozycja tej firmy.
Ocena: 9/10
Cena: promocyjna - 3,79zł

Ach, gdyby takie czekolady normalnie były w takiej cenie... Moje BMI wybiłoby się ponad skalę :D Chociaż w sumie w święta nie ma się co o to martwić. Wczoraj z dziką radością najadłam się bakalii i ani myślę zliczać ile ich było. Z resztą zostało mi podarowane tyle czekolady, że zaczynam mieć podejrzenia czy moja rodzina nie chce mnie przypadkiem utuczyć xD Cóż, nie zamierzam się kłócić.;)

środa, 25 listopada 2015

Dolfin, mleczna z morelami z Maroka

Przygody z Delfinem Dolfinem ciąg dalszy, tym razem dzięki łaskawości Almy i działu z przecenami. Co ciekawe, tego smaku nigdy nie widziałam 'normalnie' na półce, więc tym bardziej mnie ucieszyło to znalezisko.
Btw. dopiero od koleżanki dowiedziałam się, że czekolady D. są produkowane w Belgii, a że opakowanie nie biło po oczach słowem "belgijska", nie pomyślałam nawet, żeby to sprawdzić. Znacie jakieś inne, "ukryte" czekolady z tego kraju?
~ ~ ~


Opakowanie ponownie jest śliczne, choć nie ma tak ujmującej formy jak 70-cio gramowa poprzedniczka. Mimo to uważam je za jedno z najładniejszych w mojej kolekcji i sądzę, że inne firmy powinny się od Dolfina uczyć.


W środku kryje się mała tafelka podzieloną na 4 kosteczko-paseczki.
Pomimo zatkanego nosa z miejsca poczułam intensywny aromat moreli; na pewno nie pomyliłabym ich z żadnym innym owocem. I szczerze? Nie sądziłam że ten zapach będzie tak upajający! Mam wrażenie, że same morele tak pięknie nie pachną, mimo to nie było w tym nic sztucznego.

Czekolada przełamała się z lekkim trzaskiem. Bardzo miły dźwięk, warunkowany aż 38% kakao w składzie. Ach, żeby wszystkie mleczne czekolady takie były!


Tabliczka, jak już mówiłam była dość twarda i rozpuszczała się powoli nie zalepiając przy tym ust. Była.. Dokładnie taka o jaką mi chodziło! Wyraziście czekoladowa i mleczna, a jednocześnie mocno morelowa. Owoce nie były tu dodatkiem, one jakby zostały złączone z samą czekoladą w spójną całość, przy czym żaden ze składników nie wysuwał się na przód.

Sama czekolada nie należała do zbytnio słodkich, myślę, że nie zasłodziła by nikogo poza oddanymi wielbicielami gorzkich tabliczek. Przyczyniał się do tego fakt, że w środku kryły się drobne, morelowe cząstki. Były twarde, wyraźnie kwaśne i takie naturalne w smaku. Czy z Maroka - nie wiem, nie znam się, ale co z tego, pyszne były.

Chciałabym, żeby degustacje takich czekolad mogły trwać w nieskończoność. To była czysta przyjemność, której nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Może nie zachwyciła mnie tak jak korzenna, ale za to utwierdziła w przekonaniu, że tej niepozornej firmie należy się więcej uwagi.
Ocena: 9,5/10
Cena: 2,99zł (promocja)


sobota, 7 listopada 2015

Dolfin, Hot Masala

Tamtarararam, a dzisiaj coś bardziej exclusive, bo w końcu nie ma to jak pipsztać pieniędzmi na prawo i lewo, a potem pożyczać od innych na gumę do żucia. Dolfin to firma która wpadła mi w oko już dawno, bo mam to szczęście że blisko mnie jest Alma i zachodzę do niej dość często. Wymyślnych czekolad tam nie brakuje, ta ciekawiła mnie głównie ze względu na opakowanie, ale o nim rozwodzić się będę za chwilę. Rozmiar tabliczki (70g) również mi nie przeszkadzał, dobra do zjedzenia na dwa razy, a nawet na raz tragedii nie będzie. Jeśli chodzi o gamę smaków, to jest ona naprawdę bogata, moją uwagę przyciągnęła jeszcze mleczna z dulche de leche i preparowanym ryżem, ciemna z różowym pieprzem czy z herbatą.. Ale dzisiaj o Hot Masala, którą wybrałam dość spontanicznie szukając w google czegokolwiek o czekoladach Dolfin; Pierwszy link, jaki rzucił mi się w oczy, prowadził do recenzji czoko, która była na tyle pozytywna, że postanowiłam zaryzykować. Pikantne przyprawy w czekoladzie? No, jak szaleć to szaleć :P


Chociaż kupiłam ją dopiero parę dni temu, to te małe opakowanie było przeze mnie zmacane już setki razy. Komu z nas nie zdarzyło się wziąć jakiś produkt do ręki, podumać nad nim, pochrząkać, a potem odłożyć go na półkę? Ilekroć jej nie oglądałam, zawsze zastanawiałam się, jak właściwie 'działa' to opakowanie. Boki zawinięte, na górze i na dole dziury.. No o co kaman?
 "W końcu nadszedł czas, żeby legalnie się tego dowiedzieć" - pomyślałam, zasiadając do odpakowywania czekolady w domu. Po wstępnej obserwacji już wiedziałam, że jedynym elementem, który trzyma tą konstrukcję w ryzach, jest czerwona naklejka z datą ważności. Odkleiłam ją i zaczęłam rozwijać.. Krok po kroku, mój zachwyt rósł. To opakowanie było kopertą! Wykonaną z laminowanego papieru, elegancką, w takich ciepłych barwach.. Pod klapką kryło się parę słów od producenta w kilku językach; Poniżej nich rysunek z laskami cynamonu, korzeniem imbiru i innymi przyprawami. Sama tabliczka była opakowana w białą folijkę z ukośnymi napisami Dolfin, a wyciąganie jej z 'koperty' naprawdę przypominało wydobywanie listu. To jak wiadomość bez słów, gdzie zamiast papieru jest czekolada, a zamiast tekstu - jej aromat i smak. Dla mnie.. prawdziwe dzieło sztuki.





Nie ochłonąwszy jeszcze z zachwytu nad kształtem i formą opakowania, z bijącym sercem wyciągnęłam tabliczkę na wierzch. W pierwszej chwili poczułam ukucie rozczarowania, gdyż wyglądała mało zachęcająco: zwyczajna, płaska tafla, podzielona na sześć podłużnych kostek, zero zdobień, a za to lekko "pylista" powierzchnia, która skojarzyła mi się z raczej tanim wyrobem. Po tak pięknym wstępie spodziewałam się czegoś więcej, ale nie chcąc negatywnie się nastawiać czym prędzej odłamałam jeden pasek. Głośne pyknięcie, chwila zastanowienia; dobra, najpierw ją powącham...



..I pachnie WOW, ostro. Imbir, pieprz, kardamon, które z nich? Intensywne, kręcące w nosie.. Intrygujące, bo pierwszy raz spotkałam się z tak wyrazistym, korzennym aromatem (w czekoladzie ofc.) Było to dla mnie na tyle nowe doświadczenie, że chwilę wahałam się, jak duży kawałek powinnam odgryźć. Wyobraziłam sobie jej pikantność  jako o wiele większą niż Lindt'a z chilli, który w gruncie rzeczy był dość łagodny. W końcu, zamiast dalej gdybać, spróbowałam.

Imbir. Od pierwszej chwili poczułam jego charakterystyczny, ostro-korzenny smak, znany mi do tej pory z herbatek i paru potraw. Tutaj razem z mocnym, choć pozbawionym cierpkości kakao, tworzą połączenie zadziwiająco zgrane. Co więcej, dla mnie przebija ono białą czekoladę z kokosem, przebija czekoladę z solą! Choć na pierwszy rzut oka języka to kontrastujące smaki, w rzeczywistości idealnie do siebie pasują. Rozgrzewają i podsycają ochotę na więcej, więc nie zwlekając wzięłam następny gryz.


Tym razem dałam kostce powoli się rozpuścić, co odkryło przede mną nowy wachlarz smaków; Bardzo subtelna nutka wanilii podkreślona cynamonem, czyli chwila wytchnienia i błogiej przyjemności. Do tego nasiliła się trochę słodycz, na co nie narzekałam, a wręcz - ucieszyłam się. Co do mleczności i tłustości, może gdzieś tam były, ale to nie jest jedna z tych czekolad, które topią się jak masło. Rozpuszcza się bez zaklejania buzi, zamiast tego pozostawiając po sobie drobinki, które, jak szczerzę wierzę, są startymi przyprawami.

Na przemian żując i przegryzając te kawałki doszłam do wniosku, że rozgryzane uwalniają smak przypraw z większą mocą: znowu zaczęło się robić pikantnawo i, jednocześnie, mniej słodko. Tym razem ta ostrość była w stylu pieprzowym. To niesamowite, jak ta czekolada się w czasie degustacji rozwijała. Co prawda czytałam o tym nie raz nie dwa na blogu Kimiko czy Basi, ale sama  się z czymś takim nie spotkałam. Ta złożoność sprawiła, że z jednej strony szybko nasyciłam swój głód i ciekawość, a z drugiej miałam ochotę na więcej i więcej. Skończyłam na dwóch i pół kostki, czyli niecałych 30g, a czułam się "pełna" jak nigdy.

Nie sądziłam, że czekolada z tak wydziwionymi przyprawami, ale tak prosta w formie, zachwyci mnie w takim stopniu. Szczerze mówiąc byłam przygotowana na to, że ani trochę mi nie zasmakuje, a nawet, że mnie obrzydzi. Stało się jednak inaczej, bowiem od tej pory wyroby firmy Dolfin będę miała na celowniku, a w przypadku ewentualnej promocji - kupię bez zastanowienia.
Ocena: 10/10*
Cena: 9,99zł

*EDIT: po dokończeniu czekolady i ponownym jej przemyśleniu zmieniłam ocenę z 9 na 10. Jako że jest to czekolada "goła", z góry miała u mnie.. pod górkę. A że zasmakowała mi tak bardzo, czułam się w obowiązku szczególnie ją wyróżnić