Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zotter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zotter. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2016

Zotter, Labooko Bouquet of Flowers - nugat z migdałów z płatkami róż & nugat z nerkowców z polnymi kwiatami

Po własnym doświadczeniu z przeterminowaną tabliczką Zottera, ale także dzięki nauce na błędach innych, sięgających po tabliczki na granicy, nerwowo wyczekiwałam dnia, w którym w moich myślach i żołądku znajdzie się miejsce dla kwiatowego duetu orzechowych nugatów. Wiedząc, że będzie to słodkie i tłuściutkie spotkanie (zarówno za sprawą orzechów, jak i niestety trzech pozycji mleka) nie mogłam sięgnąć po nie ot tak. Ale oddawać też nie zamierzałam! Nie, póki tych tabliczek tutaj nie opiszę. A wiedziałam, że będzie warto, już ich wcześniej kosztował i o mamo..

Wybaczcie za, za przeproszeniem, dupne kadrowanie, wyszłam z wprawy robienia zdjęć. (Nie żeby moje umiejętności tutaj kiedykolwiek były wysokie)



Trochę klnąc pod nosem jako pierwszy odpakowałam nugat z migdałów z płatkami róży - sreberko rwało się strasznie, bardziej niż bym pamiętała. A może to mi zabrakło delikatności? Zapach kwiatów powinien wywołać we mnie błogi spokój, ale NIE moi drodzy, tutaj mamy do czynienia z czymś innym niż parę marnych stokrotek na łące. Z opakowania sączył się obłędny aromat migdałów, mocno podkreślony olejkiem różanym - jak i samą różą - a także wyraźnie ostrą przyprawą.

Tabliczka zdaje się topić w palcach natychmiastowo, a przy łamaniu.. właściwie się gnie.

Panowie, kto to obcinał?
Wzięty gryz topi się błyskawicznie, zalewając usta słodyczą i swoistą migdałową śmietanką. Nic dziwnego, że tabliczka tak się topiła w palcach, w buzi znika w sekundę. Jest tu smak masła migdałowego z delikatnie podprażonych migdałów: orzechowej goryczki nie jest wiele, ale mimo to się wyróżnia. Słodycz była dość wysoka, co trochę mnie zaskoczyło, ale dobrze współgrała z nią wanilia i, wydaje mi się, cynamon. (-> w składzie oprócz nich imbir i sól).


Ten nugat mógłby być praktycznie idealny gdyby nie.. Nie, nie 'gdyby nie', nie będę zarzucać nic róży i olejku różanemu: one świetnie do tej tabliczki pasują, sęk w tym, że są naprawdę intensywne. Ja nie szaleję bardzo za ich aromatem, jest dobry, jednak w miarę jedzenia stawał się dla mnie coraz 'cięższy', 'duszny' jak perfumy. Żadnych obrzydliwości, żadnej wpadki, po prostu ten rodzaj "egzotyki" nie do końca mi odpowiada. Wielbicielom polecam zaś z czystym sumieniem, to kawał dobrego orzecha i kop różanej mocy.
Ocena: 8-/10

Po chwili do bukietu róż dołączyłam chabry, stokrotki i nagietki - każdego po 0,3%.

(Raz ze słońcem, raz bez słońca..)

Pachnie nerkowcowo i ulepkowo. Po prostu. Proszę, wyobraźcie sobie to połączenie, tak pachnie niebo!

Jako pierwszą poczułam (bardzo wyraźnie!) karmelową słodycz. Kawałek, rozpuszczając się równie szybko co poprzednicy, pozostawiał na języku drobinki..hmm, czegoś. Bardziej trzeszczały, niż chrupały. Mączka z nerkowców? Czy po prostu ich mini-tycie kawałeczki? Odruchowo chciałam napisać, że 'meh tego nie lubimy', ale w sumie są one tak małe, że nie kwalifikują się nawet na kruszone orzechy. Poza tym wpływają kojąco na odbiór tłustości, równie wysokiej co w nugacie migdałowym. Poza nią (co jest normalne - to tylko moje preferencje) nugat jest obłędny: bardzo słodki, bardzo tłuściutki, wręcz odrobinę maślany. Jest idealnym odwzorowaniem samych orzechów, które właśnie tak delikatne i błogie są. (odliczając cukier :P Zotter naprawdę sypnął go tu sporo!)


Kwiaty - stokrotki, chabry, nagietki - pozostawiają w ustach kwiecisty aromat jak róże, ale są o wiele od nich delikatniejsze. Pasowało mi to, ponieważ jedynie lekko podkreślały nugat, który sam w sobie był przepyszny i nie potrzebował nic więcej żeby się nim zachwycać. Mimo uczucia drapania w gardle, tabliczkę zjadłam na raz i będę ją wspominać barrrdzo miło.
Ocena: 10/10

~ ~ ~
Wyszłam z wprawy, takie czekolady (nadużyłam już słowa 'nugat') to nie dla mnie. Znaczy dobre, bardzo dobre, ale mój gust przeszedł pewną metamorfozę i nie cieszą mnie tak jak kiedyś. Ogólnie przez niejedzenie czekolady trochę spadły moje wymagania co do niej, odzwyczaiłam się od smakowania 'dobrych tabliczek' - mam zamiar kiedyś do tego wrócić, ale póki co wezmę się powoli za niepróbowane dotąd gorzkie czekolady (może J.D Gross?) na które ostatnio wielką mam ochotę.
Co się z tym wiąże - mam nadzieję, brakowało mi tego - see you later. (?) :)

wtorek, 29 marca 2016

Zotter, Ecuador "Arriba - Los Rios" 75%

Kolejne odkrycie kolejnego sklepu w którym mogę kupić Zottery - czy można piękniej zacząć dzień? W dodatku gdy okazuje się, że jest on najlepiej zaopatrzony w Labooko spośród dotychczas mi znanych. Totomato w Warszawie, dziękuję! Mogłam kupić tabliczkę która z tyłu głowy siedziała mi od dłuższego czasu, a której nigdy stacjonarnie nie widziałam. Ecuador o 75% zawartości kakao pochodzącego z prowincji Los Rios to jeden z tych Zotterów, o których najpierw czytam u Basi, a potem zgrzytam zębami z zazdrości i nie mogę spać. Blogosfera to wspaniałe i zarazem okrutne miejsce :'>



Rozpakowując jedną z tabliczek poczułam zapach węgla, zapach czegoś drzewnego i owocowo-ziołowego. Choć naszły mnie trochę inne skojarzenia niż przy Amatllerach 70 i 85%, to ucieszyło mnie, że potrafiłam rozpoznać tę..woń i powiedzieć: tak, to jest Ekwador. Naprawdę, z rok temu nawet bym nie pomyślała, że czekolady robi się z kakao z różnych części świata i że każde ziarno jest tak charakterystyczne.



Choć tabliczka przełamuje się z pewnym trudem, w buzi bardzo łatwo się rozpada jednocześnie rozpuszczając (a wręcz rozpływając). Gdy przycisnęłam ją językiem wydała mi się w ciekawy sposób metaliczna, jakby zimna, nie był to smak a tylko wrażenie w dotyku.


Mówiąc o smaku - tu dość sporo się dzieje. Na początku rozpuszczanie czekolady przywodzi na myśl rozgniatanie soczystych, słodko-kwaśnych jeżyn. Potem pojawia się wyraźniejsza słodycz, wzięta jakby z kremu (deserowego). To kremowy deser ukoronowany owocami, zaś jego bazą są nuty orzechowe, które dotarły do mnie dopiero po chwili. Była to goryczka orzechów laskowych albo włoskich. Gdy przyszło skojarzenie z czymś przypalonymi, pomyślałam, że to tak jakby zostały one (orzechy) za długo podprażone. Finalnie tabliczka ukierunkowała się właśnie w stronę orzechowego kremu - od nich tłustawego - a owocowy, kwaśniejszy akcent przebrzmiewał tylko na początku. Pierwsze wrażenie było nieco gorsze, niż cała późniejsza degustacja: z każdą chwilą było coraz smaczniej. Dodatkowo Ecudaor świetnie komponował się z kawą! (ja pijam taką z mlekiem i nie do każdej czekolady ona pasuje)


Jak mówię, za 'pierwszym spróbowaniem' chciałam ocenić Arriba Los Rios niżej, ale przy kolejnym podejściu jadło mi się ją bardzo dobrze. Różne podejście w różnych dniach? Trochę to zwodnicze, ale z takim podejściem z jakim zakańczam dziś degustację, z takim kończę recenzję. Ecuador 75% to przesmaczna, nasuwająca różne miłe skojarzenia czekolada. Inna (lepsza) bajka niż 70% Amatller - jednak co Zotter to Zotter!
Ocena: 8.5-9/10 (może zdecyduję się konkretnie gdy dokończę czekoladę ;))
Cena: 14,90zł

sobota, 12 marca 2016

Zotter, Peru "Criollo Cuvee" 82% & Belize Toledo 82%

Stu lat, stu czytelników i stu dobrych czekolad życzę swojemu blogowi, bo oto ni stąd ni zowąd dzisiejszy post okazuje się postem setnym. Nie omieszkam się celebrować tej okrągłej liczby, bo dotarcie do niej z moim słomianym zapałem jest dla mnie pewnym sukcesem. Dobrze się złożyło, że akurat na taką okazję miałam przygotowany duet Zotter'ów Labooko 82%, pierwszych 'tak ciemnych' Zotterów w mojej karierze.


Peru "Criollo Cuvee"
Łamie się sucho, nie kruszy, jest zbita. Zapach nie był szczególnie intensywny.


Jej konsystencja była ciekawa, miałam wrażenie, jakby w ogóle się nie topiła, a mimo to smak napływał. Była to kwaśność powodująca uczucie ściągania w buzi. Chociaż dopiero zaczynam swoją przygodę z ciemnymi tabliczkami, jestem pewna, że ta była kwintesencją smaku cytrusów w czekoladzie. Wspomniana cierpkość, lekko wykrzywiająca, kojarzyła mi się z jedzeniem kwaśnej pomarańczy czy grejpfruita, a także trochę z ananasem, który zawsze powoduje u mnie pieczenie w ustach. Potem natomiast naszło mnie skojarzenie z czerwonymi porzeczkami. Tak owocowa i jednocześnie w pewien sposób orzeźwiająca/metaliczna(?) czekolada świetnie sprawdziłaby się zwłaszcza w upalny dzień, tak myślę.


Bardzo ciekawe było dla mnie to, że pomimo 82% kakao nie czułam go praktycznie w ogóle. 'Go' czyli jego goryczki, cierpkości czy paloności.. Moc leżała w tej kwaśności i w sumie zaskoczyło mnie to, jak smaczna ta czekolada była! Taki kwasek w czekoladzie to ja rozumiem!
Ocena: 8/10

Belize Toledo
Z kakao z Belize miałam styczność w Belize Special 72% i już na wstępie powiem wam, że wszystko co pyszne z tamtej czekolady odnalazłam i w tej. To zdecydowanie smakowite ziarno!

Tabliczka bardziej się błyszczała i była zdecydowanie ciemniejsza od poprzedniczki, za to przy przełamywaniu wydawała się delikatniejsza. Jej zapach był jeszcze delikatniejszy od Peru Criollo Cuvee, a skojarzył mi się ze zbożową kawą.


Czekolada rozpuszczała się tak wspaniale, że nawet nie zauważyłam, kiedy znikała. Była aksamitna. Nie umiem wybrać, czy naprzód bardziej wysuwała się goryczka, czy kwaśność. Dotąd nie spotkałam się z nimi w takiej odsłonie, co w tej czekoladzie. W tle ciągle stał ten zbożowy posmak, to wiem, za to nie mogłam się zdecydować na konkretne owoce, będące źródłem cierpkości, czy jakąkolwiek postać kawy, która odpowiadałaby za gorycz. To po prostu było.. Kakao? I jego zmienne oblicze, raz takie, raz takie.

Słodycz w tej czekoladzie (niemała!) była bardzo karmelowa, nie za mocno palona, jakby złagodzona zbożowym pierwiastkiem. (Wyobraźcie sobie kawę zrobioną z trzech łyżeczek zmieszaną z Inką, która przełamuje jej smak - mikstura, którą piję co rano, dobrze oddaje ten efekt). Łącząc to wszystko Zotter stworzył wybitnie smaczny czekoladowy deser, kakaowo-karmelowo-zbożowo-kwaskowy.. Z łyżeczką śmietanki do tego.


Dobrze, że ciemne czekolady szybciej nasycają i nie trzeba zjeść ich dużo na raz, bo nie chcę myśleć jakbym się czuła, gdybym zeżarła całą na jedno posiedzenie. Przedłużałam tą przyjemność na ile mogłam, też przy okazji uzupełniając wpis o nowe skojarzenia. Nie spodziewałam się, że tak trudno będzie ocenić ją w skali 1-10 i szczerze, nie ma dla mnie większego znaczenia, czy wystawię jej 9 czy 10. Może lepiej będzie po prostu powiedzieć, że była PRZEPYSZNA i na tą chwilę to zdecydowanie moja ulubiona ciemna czekolada.
Ocena: 10/10

wtorek, 8 marca 2016

Zotter, Namaste India

Ponownie dzięki życzliwości mojej koleżanki (ja jej, ona mnie, równorzędna wymiana) mogę zaprezentować na blogu Zottera, który jako jeden z pierwszych trafił na moją listę zainteresowań. Tak się akurat złożyło, że przeczytać o nim mogliście już nie raz, ale co zrobić, i ja przedstawię wam moją opinię. Choć nie sądzę, żeby mogła się ona diametralnie od innych różnić... W końcu to pikantno-karmelowy Zotter ;)



Zapach jest szaloną mieszanką najróżniejszych przypraw, z jednej strony pierniczkowych, z drugiej typowo indyjskich. Zdecydowanie zachęcający do jedzenia!


Użyta czekolada, to, jak się spodziewałam, karmelowa kuwertura z Cherries and Almonds, tylko lekko przesiąknięta przyprawami. But still, wybornie (!) karmelowo-maślana, co z moich ust jest podwójną pochwałą, bo nie są to szalenie 'moje' smaki. Mocno słodka, szybko topiąca się w buzi. Jestem pewna, że są ludzie, którzy daliby się za nią pokroić.


Jak widać, nadzienie dzieli się na dwie części. W większej ilości trafiła mi się warstwa biała, czyli porządnie tłustawy nugat z kokosa. W tym przypadku nic do tej tłustości nie miałam, była naturalna i przyjemna. Konsystencja nie jest typowo-nugatowa, czyli mulista i konkretna, bo raczej taka.. rzadka? Rozlewając się na języku zostają chrzęszczące wiórki kokosowe, świeże i pyszne. Ten nugat mógłby z łatwością przekroczyć granicę zamulenia, ale ja od samego początku czułam w nim coś kwaśnego; Mogę strzelać po składzie, że był to proszek cytrynowy.

W mniejszości występuje przyprawiony krem kakaowy, który w przeciwieństwie do czekolady i nugatu powitał mnie z wielką pompą. Moja pierwsza myśl: ała, szczypie! Na początku myślałam, że to pieprz, ale to pieczenie było dużo bardziej obezwładniające. Pasowało mi do papryczki chilli i jak widać (skład), nie pomyliłam się. Obok niej, niezaprzeczalnie, kardamon, spooro kardamonu. W tyle natomiast coś ziołowego, czy to anyż? Nie, w tej tabliczce go nie ma, jeśli mam zgadywać na podstawie informacji od producenta, strzelam, że to kolendra.
W notatkach napisane miałam: 'gdzie jest imbir?', bo faktycznie, za pierwszym razem go nie poczułam. Bo dwóch/trzech gryzach zmieniło się to, przebił się wyraźnie. Widać warto próbować tego samego produktu w odstępach czasu, można wyłapać nowe smaki.

Przy wgryzaniu się w całość o dominację walczy wiele smaków, ale koniec końców wygrywa słodycz i karmelowość czekolady, co jest o tyle dziwnym uczuciem, że znikając pozostawia po sobie piekotę od przypraw i kawałki kokosowych wiórków. Nie do końca mi to współgrało, ale nie stanowiło też wielkiego problemu: oddzielnie jadłam część czekolady z warstwą kremu, a oddzielnie część z nugatem. I było to smaczne rozwiązanie!
Z uwagi na skrajne połączenie smaków i obecność karmelowego pierwiastka tabliczka ta zdecydowanie nie jest dla mnie 'na co dzień'. Nie sądzę, żebym miała do niej wrócić, ale nawet mimo tego to było świetne doświadczenie.
Ocena: 9/10
Cena: 15zł

środa, 2 marca 2016

Zotter, Rice Dark & White

Poważny wstęp o ja cię kręcę, jak ja się na te tabliczki czaiłam. Czekolada? Kocham. Ryż? Kocham równie mocno. Wszelkie deserki ryżowe, ryże na mleku itd. - jak mnie złapie ochota, to nie ma zmiłuj, zjem i pięć kubeczków. (znaczy jeszcze mi się nie zdarzyło, ale dotąd nie miałam w domu więcej niż jeden.. Także nigdy nie wiadomo xD) Gdy pierwszy raz poszłam na Zotter'owskie stoisko zaskoczył mnie duży wybór tabliczek, który dla laika jak ja był wręcz przytłaczający. Odpuściłam sobie takie sztuki jak Nicaragua (Najlepsza na Świecie), skupiłam się za to na takich, które nie będą wymagały porównania do x innych. Duet ryżowych czekolad wydał się na tą okazję idealny!


 Zaczęłam od czekolady białej, której zdjęcia pochodzą zarówno z domu, jak i 'z pleneru' (szkoły).  Faktyczna barwa tabliczki jest fuzją fotografii poniżej, także wstawiam obie.


Pachniała delikatnie, lekko ryżowo-waniliowo-kaszkowo. Mimo twardości (sporej jak na białą czekoladę), wydawała mi się równie delikatna co porcelanowy słonik.


Gryz powoli się rozpuszcza, stopniowo uwalniając do ust smak słodkiej wanilii, kojarzącej mi się z deserkami ryżowymi lub kaszkami dla dzieci. Słodki, radosny i błogo dziecięcy smak, który wywołuje także wrażenie obecności mleczno-śmietankowych nut, choć żadnego z produktów tutaj oczywiście nie ma. Jest tłustawa, a rozpuszczając się pozostawia na języku pyłek (nie proszek) który kojarzył mi się z mocno przemielonym ryżem. On sam jest wyczuwalny w idealnym stopniu, bo choć nie wybija się na pierwszy plan, jest solidną podstawą, fundamentem tej tabliczki.

Ze względu na wysoką (oczywiście dobrej jakości) słodycz i fakt, że jest to biała czekolada, nie mogłabym jej jeść na co dzień. Czekała w mojej szufladzie dość długo i szczerze, robiłam do niej trzy podejścia. Pierwsze dwa były oszczędne, 'po małym gryzie', za to za trzecim nie mogłam się jej najeść i żałowałam, że nie mam więcej.
Ocena: 8/10

Zaspokajając ciekawość na temat tabliczki białej, pierwszego wieczoru sięgnęłam także od razu po tabliczkę ciemną, zawierającą 50% kakao. Zapach był o wiele konkretniejszy: bogato kakaowy, lekko goryczkowy jakby od przypieczonych orzechów (?), ale dalej, tym razem bardziej w tle, subtelnie przebrzmiewał ryż.



Smak nie odbiegał za bardzo od moich wyobrażeń, bowiem był porządnie kakaowy (co za przeskok po białej!) i trochę orzechowo-ziemisty - tak, jak zwiastował zapach. Tabliczka jest twardsza od poprzedniczki co mnie nie zdziwiło, zaskoczyła mnie za to konsystencja, bardziej od białej zalepiająca. Ta czekolada jest taka gęsta i pełna - jakby przemielony ryżowy kleik, wzbogacony podprażonym, tłuściutkim kakao.
Choć nie jestem zwolennikiem połączenia ryż-czekolada (np. deser ryżowy polany sosem czekoladowym), ta tabliczka była równie smakowita, co biała. Oczywiście zupełnie inna, więc może błędem jest je porównywać; Tak czy siak, spisały się obie i choć raczej do nich nie wrócę, były bardzo udanym eksperymentem.
Ocena: 8/10


Tak sobie myślę, że mając dostęp do takich czekolad, nie byłoby tak ciężko być weganinem. ;)

piątek, 19 lutego 2016

Zotter, Labooko Goat's Milk - ciemna 64% z kozim mlekiem

Grupa przetworów zawierających w sobie kozie mleko jest dla mnie, póki co, częściowo owiana tajemnicą. Do tej pory próbowałam jedynie paru odmian koziego sera (uwielbiam) i raz koziego jogurtu naturalnego (wyplułam). Nie sądziłam, że zanim spróbuję samego koziego mleka, trafi mi się okazja skosztowania czekolady z jego udziałem. Zotter'a Goat's Milk kupiłabym na bank, prędzej czy później, jednak szybsza okazała się moja koleżanka i to jej zawdzięczam udostępnienie tabliczki do zdjęć i, oczywiście, do degustacji.


Po wysunięciu jednej z 35-cio gramowych tafelek (swoją drogą, jak na mój gust bardzo ładnie są zapakowane) i sfotografowaniu jej (jak ładnie łapała ostrość!) poczułam po równo kakaowy i kozi zapach, z charakterystycznym dla tego drugiego, lekkim szczypaniem w nos.


Czekolada bardzo przyjemnie rozpływa się pod naciskiem języka, jej delikatność jest wręcz chwilami dziwna w zestawieniu z zapachem.. i smakiem. 
Od pierwszej chwili czułam bardzo specyficzny kwasek, chociaż myślałam, że wiem, czego się spodziewać (po kozim mleku), to mimo wszystko zaskoczył mnie. Dominuje on w całej kompozycji, a z pewnością dominuje nad kakao, które, chociaż jest niezaprzeczalnie obecne, pozostaje w jego cieniu. (A i tak zawiera się w tabliczce w 64%.) Jednocześnie ten kwasek nie jest wykrzywiający, nachalny czy zbyt mocny - jest akurat.

Po rozpuszczeniu kostki w ustach zostaje lekko nieświeży posmak, taki jak po pleśniowym serze. Specyficzny, ale zgaduję że fanom takich wyrobów (w tym i mnie, kocham serowe śmierdziuchy) nie będzie przeszkadzać.


Gdy minęło pierwsze zaskoczenie kwaśnym kozim smakiem, bardzo szybko wkręciłam się w czekoladę i już po dwóch kęsach byłam pewna werdyktu: baardzo mi ona smakuje. To naprawdę fajna odskocznia od tradycyjnych, mlecznych czekolad. I, uwaga, teraz nastąpi dziwne stwierdzenie: chociaż jest to, w pewnym sensie, mało 'czekoladowa' tabliczka, to jest kwintesencją mleczności, której w takowych produktach szukam. Może to moje świeże wrażenia, ale kozie mleko sprawdziło się w tej czekoladzie lepiej, niż to krowie w x innych tabliczkach przeze mnie próbowanych. Z jednej strony intensywne, z drugiej delikatne i bardzo milky, bardzo smooth. Jednym nie przepadnie do gustu, może nawet ich obrzydzi; Drugim podbije serce i ja do tej grupy się zaliczam. Z całą pewnością ją sobie kupię, mimo że tyle smaków jeszcze do spróbowania!
Ocena: 9/10

wtorek, 9 lutego 2016

Zotter, ♪ Holy Night Burning Bright ♫ Roasted Almonds - mleczna górska z migdałowym nadzieniem

Przy Zimowej Vivani ciągle myliłam się i mówiłam  na nią górska. Teraz mam czekoladę Górską z prawdziwego zdarzenia, bo Zottera z nadzieniem migdałowym w mlecznej otoczce.


Tabliczka jest grubsza niż ta którą pamiętałam z Cherries and Almonds. Zapach to prawdziwe orzechowe walnięcie. Nigdy nie czułam ich tak intensywnego zapachu.. Nawet wąchając same orzechy :P Pan przy stoisku, na którym Zottery kupowałam, mówił mi, że ta tabliczka jest przeceniona ze względu na bliski termin (marzec), po czym dodał, że niektóre czekolady lepiej jeść właśnie pod koniec ważności, gdyż smaki się wtedy "nasycają". Cóż, na pewno podziałało to na zapach który jest zniewalający.


Czekolada jest tłuściutka w najlepszy możliwy sposób i wyjątkowo 'leniwie' kakaowa: jego smak wydobywa się powoli, zalepiając usta i ciesząc. Wyraźnie przeszła też orzechowym aromatem nadzienia. Jest to najgładsza czekolada, z jaką dotąd się spotkałam i nie mogę się doczekać, żeby spróbować ciemniejszych jej wersji.


Migdałowe nadzienie ma formę stałą i się kruszy, więc zaskoczyło mnie, że jest równie tłuste co czekolada (albo i bardziej). Wydaje mi się, że podobną konsystencję ma marcepan, tylko jest bardziej zbity. Smak jest, jeśli chodzi o aromat orzechów, stanowczo za delikatny, zwłaszcza po wyobrażeniach jakie powoduje u nas zapach. Mógłby wręcz podchodzić pod lekko mdły, gdyby nie cząstki chrupiących i słodziutkich migdałów; to one dają czekoladzie kopa.
Dzięki zawartości tłuszczy pochodzących z migdałów krem jest gładziutki i rozpływa się w utach.
W niektórych momentach 'nadziewałam się' w nim na słony pierwiastek, który na swój sposób podkręcał smak. Nadzienie pozostawia po sobie posmak cynamonu i wanilii, skrytych w składzie płatków róż nie wyczułam.

Ogólnie jestem z tego Zottera dość zadowolona, zwłaszcza że udało mi się go dostać dużo taniej niż zwykle. Smaki na papierze wyglądają super, ale w rzeczywistości trochę zabrakło im charakteru. Gdyby migdały były tak wyraźne przy konsumpcji jak w zapachu, tabliczka zapewne dostałaby dyszkę. Tak niech cieszy się z ósemki, jak i cieszyłam się ja z kupienia jej  :)
Ocena: 8/10
Cena: 10zł (promocyjna)

piątek, 2 października 2015

Zotter, Cherries and Almonds

Czy ktoś z was także ma wrażenie, jakby trzymał się przy życiu samą siłą woli? (tzn. tak długo jak świat tego wymaga, czyli zazwyczaj do piątku.) Bo ja zdecydowanie tak. Recenzja nadziergana, buzia rozradowana, idę padać plackiem na łóżko.
~ ~ ~
Zotter Cherries and Almonds, czyli karmelowa kuwertura z nadzieniem wiśniowo-migdałowym. Ile ja musiałam się namęczyć, żeby ją zdobyć, tym zanudzać was nie będę. Za ten cały trud wcale nie oczekiwałam od niej wiele - tylko tyle, żeby powaliła mnie na kolana. Nic więcej.


 Nad samym opakowaniem nie rozwodziłam się za bardzo, gdyż jadąc autobusem obejrzałam je ze wszystkich stron. Podobało mi się, że złotko nie jest mocno posklejane i daje się rozłożyć jak koperta, bez zbędnego rwania. W środku nie znalazłam niestety na szczęście listu od ukochanego, a małą, ciemnobeżową sztabkę. Gdy powąchałam ją z góry, poczułam.. Świąteczny piernik! Na spodzie warstwa kuwertury była cieńsza, pachniała za to bardziej karmelowo - zapach podobny do Wedlowej Karmelowej. Jaki Wedel jest każdy wie, ale akurat tamta tabliczka była bardzo udana. Siłą rzeczy udany był też zapach, daję więc piątkę z plusem i przechodzę dalej.


Pragnąc skosztować każdego elementu z osobna dobyłam nóż i niczym prawdziwy archeolog zaczęłam grzebać. Akurat z brzegu warstwa czekolady była na tyle cienka, że trudno było oddzielić ją od reszty. Trochę się naskrobałam i w końcu, stwierdzając częściowe powodzenie, zgarnęłam językiem czekoladowe strzępki. I pomimo że naprawdę było tego niewiele, z pełną świadomością stwierdzam, że tak gładziutkiego, maślanego karmelu nie czułam nigdy. Znacząco słodki, ale była to słodycz na najwyższym poziomie. Trudno mi sobie wyobrazić, jaką rozkoszą byłaby ta czekolada w wymiarze pełnej tabliczki.


W samej kuwerturze z miejsca się zakochałam, miałam ochotę tańczyć i wychwalać ją pod niebiosa, ale to było zanim spróbowałam masy migdałowej . Pomimo zapewnień Basi, obawiałam się poczuć smak marcepanu, którego nie cierpię. Zupełnie niepotrzebnie - mus zachował 100% smaku orzechów, a że czystego masła migdałowego nie jadłam, było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. I chociaż różne dobre rzeczy słyszałam o Zotterze to nie sądziłam, że ta sztuka uda im się tak dobrze.

(Z cyklu: nic się przede mną nie ukryje)

Ostatnia warstwa, warstwa wiśniowa. Wiecie co? Ja wiśni nie lubię. Nie, że nie zjem - bo każdy owoc to dla mnie źródło szczęścia. Ale gdybym miała stworzyć ranking ulubionych, one stałyby na samym końcu. Czemu więc kupiłam taką, a nie inną tabliczkę? Nie wiem, na pewno nie z braku innych opcji, bo tych było sporo. Miałam jednak dobre przeczucia.. i w pełni się sprawdziły, bo warstwa wiśniowa naprawdę mi smakuje. Za bardzo tego nie rozumiem, mogę jedynie domyślać się, że wpłynął na to ich (wiśni) naturalny smak, wręcz krzyczący, że jest w pełni eko itd. Kwaskowy, jak na te owoce przystało, ale też nie przesadnie. To tak jakby wziąć wszystko, co w nich najlepsze i zamknąć w tej tabliczce. Jedyną rzeczą, do której na początku chciałam się przyczepić, to to, że ich smak zdominował, jak mi się wydawało, smak migdałów. Jednak po rozdzieleniu warstw i analizie obu z osobna zrozumiałam, że to nieprawda. W rzeczywistości dobrze się dopełniały i do końca jadłam je już razem, oddzielając jedynie (w miarę możliwości) czekoladę. I dobrze, bo po jakimś czasie odnalazłam w jej smaku odpowiednik piernikowego aromatu, który poczułam na początku - ta specyficzna nuta miała chyba coś wspólnego z cukrem trzcinowym, który, jak słyszałam, ma swój charakterystyczny posmak. Szkoda, że tak mało producentów go używa, bo efekt był naprawdę super.

(Dziergam, dziergam..)

Parę karteczek zapisanych, kawa już dawno wystygła, a po połowie tabliczki nie został ślad. Degustacja Zottera przyniosła mi wiele radości, chwilami przeradzając się w zabawę. Rozdzielanie warstw, skrobanie czekolady, raz z tej, raz z tamtej strony.. Ostatni kawałek zjadłam na raz, pozwalając mu się w pełni rozpuścić, jednocześnie robiąc podsumowanie w głowie. Doszłam do tego, że: a) potrzebuję więcej pieniędzy, bo już zaczęłam robić listę zotter'owskich must have, i 2) z racji, że przede mną jeszcze takie tabliczki jak pełnomleczna, orzechowa czy sojowa, wariant Cherries and Almonds najwyższej noty nie dostanie. Jednak na dziewiątkę w pełni zasługuje.
Ocena: 9/10
Cena: 16,80zł (Organic Corner)