Już otwierając opakowanie wiedziałam, że coś jest nie w porządku. Mimo zaledwie 20 stopni na dworze, czekolada zachowywała się strasznie. Nie mogłam wyjąć jej z plastiku, bo przyssała się do niego jak pijawka. Przy kontakcie z palcami w mgnieniu oka zaczynała się topić. Kulminacją wrażeń był moment, gdy chciałam ją przełamać: ona autentycznie się RWAŁA.
Po pierwszym szoku poczułam zapach tabliczki (i okalającego ją plastiku), który był dość nijaki - trochę orzeszkowy, trochę truflowy, a trochę gorzkawy.
Warstwa 'czekolady' właściwie samoistnie odchodziła od nadzienia. Czemu 'czekolady'? To chyba najgorszy czekoladopodobny wyrób, jaki jadłam. Chociaż poziomem obrzydliwości nie przebija pseudo-mlecznych mikołajów (które są dla mnie zwyczajnie nie do przełknięcia), to jednak ta konsystencja, świadomość składu, to jak się topi i rwie - to wszystko składa się na coś nieprzyzwoicie marnego. 'Jakiś-tam' (nawet) przyjemny posmak kakao bynajmniej nie ratował sytuacji. Z jednej strony tłusta, z drugiej - do bagienkowości czy innych pozytywnych epitetów brakowało jej jak stąd do Księżyca. Zamiast rozpuszczać ją na języku, żułam ją. Chyba jeszcze nigdy dotąd nie użyłam tego słowa w kontekście czekolady. Żeby nie myśleć o tym, jak obrzydliwy ten fakt był, rozmyślałam, czy nadzienie zaskoczy mnie jeszcze mocniej.
Chociaż nawet przez chwilę nie myślałam, że ta czekolada zagości na stałe w moim, póki co, wegańskim menu, to jednak miałam nadzieję, że trochę (choć troszeczkę) uciechy z niej wyciągnę, zwłaszcza patrząc na to, że odzwyczaiłam się od słodyczy w ogóle i każdy słodki smak, który nie pochodzi z owocu, odbieram x razy intensywniej. Krócej: wymagania trochę mi spadły. Dla innych tabliczek które mam zapewne będę bardziej wyrozumiała/ bardziej optymistycznie nastawiona, ale ten wyrób ocenię bez litości. NIE polecam, już wolę jeść przysłowiową trawę.
Ocena: 2/10
Cena: 2,69zł




















