Jakiż ciekawy był wczorajszy wieczór. Zamiast uczyć się do x przedmiotów i robić rzeczy względnie pożyteczne, albo zwyczajnie siedzieć w łóżku i czytać cegłowatego
HP and the goblet of fire, ja w panice patrzyłam na moją słodyczową szufladę, w której zostały jedynie mini Princesse i wedlowski Czekowafer. Rezultat tej obserwacji był oczywiście taki, że wskoczyłam na rower i udałam się do starej dobrej Almy, w poszukiwaniu produktów do testowania. I tak los chciał, że wzięłam nowe, pancerne zapięcie, które miało chronić mój bicykl przed bezwzględnymi złodziejami. Super, zaje*iście, szkoda tylko że raz zamknięte nie chciało się już otworzyć. Mimo pomocy osób trzecich do akcji musiał wkroczyć mój tata, który przywiózł ze sobą (też na rowerze) uroczą, ręczną piłę; I tak żeśmy piłowali moje cyber-mocne zapięcie (cholerstwo miało w środku stalową linkę) a potem jak gdyby nigdy nic, odjechaliśmy spod Promenady do domu. Doprawdy świetna przygoda, po całym zdarzeniu byłam tak zła, że
musiałam chciałam doładować się czymś słodkim. Ale coby cukru na noc zbytnio nie żreć, zebrałam się i dokończyłam test mini Lindt'ów w odcieniu Dark. Efekty widzicie poniżej, zapraszam do zapoznania się z wszystkimi czterema smakami.
~ ~ ~
Licząc na chociaż odrobinę słodyczy, zaczęłam od wersji której istnienie przechodzi(ło) moje ludzkie pojęcie -
Lindt, deserowa z pomarańczą.
Odwijam jednocześnie uroczy i elegancki papierek, biorę pożądny "niuch": przez aromat czekolady przebija się kwaśna woń skórki pomarańczowej.. Ugh, czemu ja to robię?!
Kosteczka rozpuszcza się gładko, mm, Lindt.. Tak jak lubię. Od pierwszej chwili czuję kakao idące w parze ze słodyczą; w parze, ale jakby trochę z przodu. Niby kroczą razem, ale to kakao ma dłuższe nogi i wyprzedza ślamazarowaty cukier, któremu nawet nie może być smutno, skoro jest taki słodki. Równoległym torem podąża wyraziście pomarańczowy, trochę 'galaretkowy' smak. Na szczęście nie czuć w nim typowej dla skórki pomarańczy goryczki, która jest skaraniem boskim, dżumą i tyfusem w jednym.
Po dłuższym ciumkaniu dochodzę do wniosku, że jednak cała czekolad(k)a jest przesiąknięta aromatem pomarańczy, a że jej smak kojarzy mi się z galaretką, sytuacja zdaje się podobna do malinowo-malinowej Studentskiej. Tak jest, ale trzeba tu pamiętać o różnicy w jakości i wykonaniu. Lindt jest absolutnie smakowity, nie ma tu mowy o sztuczności czy plastiku. Podkreślam to jeszcze raz: Lindt jest lepszy, ale dostanie ocenę niższą o pół punktu, co wynika zwyczajnie z moich smakowych preferencji. Jednak nigdy nie pokocham pomarańczy w czekoladzie.
Ocena: 7,5/10
Następnie
Lindt with a touch of sea salt, którego wersję z dodatkiem karmelu już jadłam (na pewno kiedyś się pojawi). Spodziewałam się czegoś bardzo podobnego, jednak jak zwykle wyszło inaczej.
Czy sól ma zapach? Pytam poważnie - mam wrażenie, że ją czuję, ale nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe. Będę wdzięczna za oświecenie mnie.
Kakao równie wyraziste jak w wersji Orange, a może nawet mocniejsze. Równie zrównoważona jest też słodycz, czyli słodko, ale bez przesady. Mniam.
Sól, w przeciwieństwie do wcześniej recenzowanej Vanini, jest rozsiana równomiernie po całej kostce, pokruszona na
yyy okruszki. Czuć je pod językiem, okazjonalnie trafi się taki co chrupnie. Przyprawa ta komponuje się tu idealnie, dla mnie to dodatkowe źródło endorfin. Jednocześnie mam wrażenie, jakby do samej czekoladowej masy (jakoś brzydko to brzmi :P) sypnięto takiej soli z solniczki i przeniknęła ona smakiem całość. Nawet nie mając kryształków solnych pod zębami, czuję słoność. Osobiście obeszłabym się bez tego, wolałabym większy kontrast między smakiem słodkim a słonym.
Nie wiem czy między miniaturką a pełnowymiarową tabliczką jest jakaś różnica, ale na pewno ten Lindt nie zachwycił mnie równie mocno co wersja z karmelem. Raczej po nią nie sięgnę ponownie, choć i tak stoi w moim rankingu dość wysoko.
Ocena: 8/10
Kolejna kostka, kolejny powód do zadumy.
Lindt 85% - zaznaczam. że jest to opinia człowieka niezaznajomionego z takimi procentami (hehs), stąd porównania nie mam żadnego, idę na totalny żywioł.
Zapach jest taki surowy, kwaskowo-metaliczny. Czuć, że nie mamy do czynienia z deserówką, o nie.
Czekolada chrupie jak ta lala. Jest bardzo mętna, mulista, momentalnie wysusza buzię od środka. Jakby kakao w niej zawarte błyskawicznie pochłaniało wszelką wilgoć. Nie potrafię stwierdzić, czy czuję gorycz czy kwasek. Trochę jakby oba te smaki zlewały się w jedno. Na początku myślałam, że przypomina mi kawę, ale to jeszcze co innego.Na słodycz właściwie nie ma tu miejsca, a przynajmniej takie mam wrażenie, że wszelkie złudzenie słodkiego smaku to.. No właśnie, złudzenie. Sugestia?
Z pewnością nie jest to czekolada dla każdego, a przynajmniej nie dla mnie. Smakowała mi, ale jako eksperyment, nie sięgnęłabym po nią nawet w razie ochoty na coś wytrawniejszego. 70% wydaje mi się idealne, 85 to już za dużo. Wielbicielom jak najbardziej polecam.
Ocena: 7/10
Tak lekko spoilerując, przechodzimy do ostatniej, tym razem
70-cio procentowej małej czarnej.
Pachnie słodko-kwaśnawo, mam wrażenie, że podobnie do pomarańczowej. Trochę mnie to zdziwiło, w końcu sporo procent je dzieli, ale możliwe, że po aromacie 85% mój nos płatał mi figle.
Biorę gryz, znowu: trzaska, aż miło. Do akcji wchodzą już lekko zmęczone ślinianki, jednak tutaj na szczęście nie ma już tej mulistości, tego zaklejania buzi, współczynnik samodzielnego rozpuszczania jest na przyzwoitym poziomie. W przeciwieństwie do poprzedniczki, na pierwszy plan wysunęła się goryczka, a po niej delikatny, owocowy kwasek. Żaden smak nie jest zbyt intensywny, albo raczej - żaden się nie narzuca. Całość zwieńczała delikatna słodycz, którą zarejsetrowałam z ulgą i radością. Wytrawność, szlachetność, słodycz - wszystkie razem tworzą tu harmonijną całość. Z chęcią sięgnę po pełnowymiarową wersję tego produktu.
Ocena: 8,75/10
~ ~ ~
No i tak dotarliśmy do końca paczki (znaczy czekoladek było 16 sztuk, ofc nie zjadłam wszystkich na raz..
mwahaha), mam nadzieję, że się nie zanudziliście. W najbliższym czasie zapewne pojawią się kolejne miniaturki, ale że to jestem ja i moje ogarnięcie, to nie jestem pewna kiedy. Miłego wieczoru życzę.