Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2016

Lindt Creation, Chocolate Fondant 100g

Ostatni, jasny punkt dnia, podczas powrotu z Wrocławia w te wakacje to była 'wizyta' w Biedronce usytuowanej koło stacji benzynowej, gdzieś koło.. nowhere przy autostradzie. Skoczyłam po bułkę z zamiarem wrócenia po 5-ciu minutach, ale gdy zobaczyłam regały z przecenami.. Utknęłam tam na dobre. To uczucie, kiedy jesteś na zakupach i zapominasz o bożym świecie, o tym, że tam, w upale, czeka twoja mama i zachodzi w głowę gdzie jesteś. Ale ale, warto było - tak przynajmniej myślałam - bo oto wśród różnych ciastek i cukierków znalazłam zmiażdżony kartonik z dosłownie paroma Lindtami Creation, w cenie 5zł sztuka. Oniemiałam i z tego oniemienia chyba 15 minut się zastanawiałam, który wziąć. W końcu postawiłam na coś klasycznego, na Chocolate Fondant. bo o tym smaku (a dokładniej - jego 150g wersji) słyszałam dużo dobrego.


Fotogeniczna tabliczka o niezbyt lubianym przeze mnie kształcie skrywa pod mleczną powłoką truflę i sos czekoladowy. Zapach mnie uwiódł, był mocno kakaowy i mocno mleczny, powiedziałabym: mleczny Lindt podkręcony kakao.


Jeśli chodzi o samą czekoladę, to w przeciwieństwie do większości słyszanych opinii, nie jest ona dla mnie punktem "nawet jak nadzienie/dodatki zawiodą, to i tak zjem dobrą czekoladę". Jest słodka, trochę śmietankowa (ale średnio gęsta) i kakaowa w taki sposób, który kojarzy mi się bardziej z mlekiem kakaowym niż z czekoladą. Nie jest to w żadnym razie czekolada zła, ale też nie powala mnie w żadnym stopniu. Sto razy bardziej wolę tańszą Bellarom.


Kryjący się na dole krem był tłuściutki, a kakao w nim zawarte miało taki proszkowy posmak, jak budyń czy mocniejszy Puchatek. Gdyby na jego rzecz dano więcej trufli, myślę, że całość byłaby lepsza: była zdecydowanie mniej słodsza od reszty, w smaku głównie kakaowa, ciągnąca i nielepiąca. Prawda, czułam w niej odtłuszczone kakao, ale przynajmniej dobrze, że była 'jakaś'.


Całość wypada, niestety, dość nijako. Dobra, ale niepowalająca czekolada, tłusto-budyniowe nadzienie i proszkowo-kakaowa trufla. "Wyśmienita czekolada mleczna z ciemną truflą?"..
Nie powiem, żeby była ona jedynie stratą pieniędzy, ale to patrząc na to, że kupiłam ją za 5zł. Wolałabym od niej niejednego Rittera. Gdybym zaś miała kupić ją za 15zł.. ojj, byłabym mocno wkurzona.
Ocena: 7/10 (w stosunku do promocyjnej ceny, tylko i wyłącznie)
Cena: 4,99zł

czwartek, 16 czerwca 2016

Lindt, Creation: Dark Sumptous Orange

Zosia-tłumacz-na co dzień szalony anglista, a ma problem ze słowem sumptous. Nigdy nie słyszałam, nigdy nie widziałam, trudno mi było je przepisać. Co na to Google tłumacz? "wystawny, wspaniały, okazały, bogaty, przepyszny, luksusowy, lukullusowy.. wait, what? Polski język równie trudny? Naprawdę współczuję cudzoziemcom, którzy mają aspirację się go uczyć. Ale wracając do czekolady: to prawdopodobnie najmniej pożądana przeze mnie tabliczka Lindt'a ever. Jeszcze Creation z nadzieniem pomarańczowym - ok, ale ta? Grube kostki (wrrr) kojarzące mi się z okropnym Creme Brulee, wypełnionione nadzieniem z paroma różnymi tłuszczami i źródłami cukru, aromatami, koncentratem soku cytrynowego (?) i benezenesonanem sodu... Więc dlaczego? Ano dlatego, że jak człowiek widzi trzy takie tabliczki w podartym kartonie w koszu z różnościami w Biedrze, to naprawdę ciężko mu się oprzeć. Znaczy nie kupiłam wszystkich trzech, wzięłam jedną, a razem z nią jeszcze dwie biedronkowe czekolady. I przeszczęśliwa wyszłam, lżejsza o dyszkę. Czas pokaże, czy się opłacało.

Chyba jedyna rzecz która wyszła na dobre serii Creation po zmianach związanych m.in ze zmianą gramatury i rozkładzie składników, to nowe opakowania. W tym rozmiarze i grubości bardzo mi się podobają, może dlatego patrzyłam na całą serię przychylnym okiem (*kiedyśtam). Wyjątkiem nie jest Sumpte-ble Orange, szczególnie te trufle czające się za pomarańczką mi się podobają. Z drugiej strony 'przekrój' kostki nie wygląda ani odrobinę zachęcająco, pomarańczowe cząstki wyglądają po prostu jak robaki. W dodatku sugeruje on, że nadzienia jest w tabliczce od groma, a trochę obawiałam się jego jakości po przestudiowaniu składu i wspomnieniu obrzydliwego CB.


Jako że do czekolady dodano olejek pomarańczowy, pachnie ona podobnie do Weichnachts Orangen-Truffeln, tyle że bardziej ordynarnie-pomarańczowo i bez jakichkolwiek przypraw. Jej warstwa jest nieco nierówna w całej tabliczce, czego na zdjęciach już nie uchwyciłam, ale ogólnie sprawa przedstawia się następująco: gruba czekoladowa podstawa, podobnej grubości warstwa nadzienia i cienka warstwa polewy z wierzchu.
Tabliczka jest dość ciemna, co teoretycznie nie powinno mnie zaskoczyć, ale podświadomie byłam przygotowana na mleczną bryłę także..


Najpierw sama czekolada: dla mnie przeszła ona aromatem pomarańczy. Poza tym, o dziwo, nie jest zbyt słodka! Mam wrażenie  Jestem pewna, że mniej od Lindt'a Excellence. Podobnie jest z kakao - chociaż szwajcarskie deserówki nie można nazwać siekierami, to zawsze posmaczek swój miały i czasami w zupełności mi on wystarczał. Tu brakuje mi konkretniejszego kakao, w jego miejsce jest jakby użyte więcej kakaowego tłuszczu (tudzież innego). Nie przekłada się to jednak na rozpuszczalność czekolady, bo topi się dość powoli, a zachowuje trochę gliniasto. Oczekiwałam po niej czegoś więcej.


Nadzienie jest tłustsze, trochę jest kremowe, przyznaję. Jest go mniej więcej tyle co czekolady, na szczęście. W smaku, podobnie jak czekolada, nie ma mocnego motywu przewodniego: myślę, że bardziej czuć w nim kakao jak z tłusto-mlecznego napoju kakaowego (oczywiście nie z Puchatka, a wersji deluxe, bo niesłodzonego prawdopodobnie odtłuszczonego).

Cząstki pomarańczy mają dość wkurzającą konsystencję, bo jak twarde kawałki żelek. Są malutkie, więc nie przeszkadza to tak bardzo, ale mnie byle farfocel może wejść między zęby więc rozumiecie. Galaretkowy posmak pomarańczy. Ich smak określiłabym jako.. niegroźnie galaretkowy, bo daleko im do świeżości i naturalności malin z Cemoi, ale jednocześnie nie biją tanizną i są całkiem przyjemne. Fakt, czy ktoś taki dodatek w czekoladzie lubi, to już inna sprawa - ja do fanów pomarańczy w tabliczkach się nie zaliczam (jak zapewne większość populacji*), więc musiałyby mieć w sobie coś wyjątkowego, żeby mnie powaliły. Niestety Lindt na żadne szaleństwo się nie pokusił, chyba że chcecie nim nazwać olejek pomarańczowy, który jednak nie jest bardzo wyczuwalny, głównie w zapachu.
*w blogosferze :P Jeśli jest inaczej uświadomcie mnie.

Czas na podsumowanie: myślę, że Sumptous Orange (ha, udało się) nie zapamiętam na dłużej niż parę dni. Prawdopodobnie już za tydzień nie będę pamiętać, że taką tabliczką jadłam. Poprawna, może nie do bólu, ale jak dla mnie po prostu nudna. W tej cenie ok, bo jakości nie mogę chyba nic zarzucić. Gdyby czekolada była bardziej wyrazista, dałabym punkt więcej.
Ocena: 6.5/10
Cena: 5,56zł (promocja)

Taki mały szczegół: czy wolicie zdjęcia składu na początku czy na końcu wpisu? Nie wiem, ile ludzi je czyta, ale ja zawsze zerkam więc chcę wiedzieć ;)

poniedziałek, 14 marca 2016

Lindt, Mocca - mleczna nadziewana kremem mocca

Druga z trzech czekolad, które ukazały się w sklepach w czasie około-świątecznym; kolejna po Weichnachts której nie zamierzałam kupować. Do tamtej skusiła mnie promocja, a tu? Cóż, jej historia była inna, po prostu dwa tygodnie temu zachorowałam  i nabrałam równie chorobliwej ochoty na zalepiającą czekoladą z nadzieniem. W moim przypadku to totalne szaleństwo, ale cóż było robić, nie wybrałam go sama. I tak po raz pierwszy od hen długiego czasu kupiłam Lindt'a bez żadnej promocji. 12 zł, warto było?



Oko przyzwyczajone do wyglądu serii Creation mierzących' 150g było lekko zaskoczone małymi, ślicznymi kostkami, jakie kryło wątłe sreberko. Podział nietypowy dla stu-gramówek, bo na 12 kostek.
Czekoladę przełamałam z pewnym trudem, co dobrze zwiastowało dla Lindt'owskiej czekolady.


Równie dobrze zwiastował zapach, już przy otwieraniu wyczułam jej słodycz, mleczność i kakao. Po podzieleniu dołączył do nich także aromat kawy w czystej postaci. Nie było to cappucino, nie latte, a po prostu kawa - średnio intensywna.

Czekolada nie odchodzi od nadzienia. Jest gęsta, mleczna, słodziutka.. Mniej kakaowa niż pamiętam z Weichnachts, za to trochę przesiąknięta aromatem kawowym, tu: typowo-słodyczowym (ale pozytywnym) Jest bardzo zalepiająca, rozpuszcza się długo i bogato.


Nadzienie jest w formie stałej, w sumie ciężko powiedzieć, czy to czekolada od niego nie odchodzi, czy ono od czekolady. Różni je to, że jest tłustsze i łatwiej się rozpuszcza, ale hen daleko mu do Lindt'orów.  Jego smak określiłabym jako słabsze odwzorowanie zapachu: bazą jest kakao, a chwilami do głosu dochodzi kawa, tak jakby przemieloną na pył ktoś dodał do masy i rozpuścił. Nie jest to stricite-kawowe nadzienie, a mimo to myślę, że dobrze odwzorowuje obiecany smak. Mocca - czekoladowa kawa; taka w istocie jest. Racząc się budżetowymi wersjami tego napoju, czy to w barach czy amatorsko w domu, zawsze po dodaniu czekolady/kakao/syropu smak kawy gdzieś zanikał, pozostawała ona jednak w tle. Tak jest też tutaj.


Nie zawiodłam się ilością kawy, jednak dla mnie całość była za słodka i brakowało jej pazura. Zapewne oceniłabym ją niżej, ale trochę naciągnę za to, że przy drugim podejściu zjadłam ją w 3/4.
Ocena: 8--/10

poniedziałek, 29 lutego 2016

Lindt, Hello My name is Dark Chocolate Cookie

 Hello, witam się z wami Lindt'owskim wyrobem z serii: czekolada z czekoladą w czekoladzie. Tego batonika, razem z wersją Caramel Brownie (o której nic pisać nie będę, była dla mnie za słodka i nijaka :P) przywiozła mi z Włoch koleżanka wiedząca o mojej czekoladowej pasji (ba, ja ją częściowo nią zaraziłam). Ucieszyłam się na myśl, że jako pierwszy z tej serii będę mogła sprawdzić wariant niedostępny w Polsce (przez co bardziej pociągający) i potencjalnie bardzo smaczny, choć nie przyprawiający mnie o dreszcze ekscytacji. Jak to wyszło - zapraszam was niżej i przy okazji przepraszam za (znów) dość kiepskie zdjęcia.


Przez wielkość i formę 'tabliczki' strasznie ciężko mi się ją fotografowało, po lepsze ujęcia radzę wyprawić się wgłąb internetu.
Pachnie.. czekoladowo-kakaowo-brownie. Mam mówić dalej? ;)


Najpierw warstwa samej czekolady: od pierwszym chwil rzuciła mi się w oczy (eee usta) jej gęstość i treściwość. Aksamitna i kakaowa, gorzka, a jednocześnie śmietankowa. Tak jakby mniej tłuściutka, a wyżej procentowa Bellarom Rich Chocolate. Na tyle gładka, że prawie zakleja usta. Od czasu do czasu mam wybitną ochotę na taką konsystencję, choć na co dzień suchość mi nie przeszkadza.


Kryjący (dosłownie, patrzcie na zdjęcie) się w środku krem jest na pozór zwarty, ale w rzeczywistości tłuściutki i szybko się rozpuszcza. W smaku podobny do czekolady, ale odrobinę słodszy, bardziej maślany i jakby taki 'ciastowy' - preludium do kryjących się w środku kawałków brownie? Hmm, nie powiedziałabym: okruszki ciasta są chrupiące i trochę słonawe (co poczułam jako pierwsze). Pewnie były też kakaowe (jak Oreo), ale mogło mi to umknąć przez wszechogarniającą czekoladowość. Mimo to stanowiły miły dodatek, niczego im nie zarzucę.


Spróbowawszy wszystkich warstw osobno i kiwając głową: "dobre, dobre", wgryzłam się w całość biorąc konkretny gryz.. I ooo mój Boże, jakie to jest boskie! Fuzja kakao, czekolady, śmietanki i ciasta z czekolady i kakao... Nie potrzebowałam doszukiwać się w tym niczego więcej, to było po prostu orgastyczne. (jak to dziwnie brzmi na tym blogu :P Ale dobrze oddaje moje myśli! ) Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko było mi przezwyciężyć chęć zeżarcia czekolady w minutę i odłożenia części (1/3) dla koleżanki. Mam wielką, WIELKĄ ochotę kupić jej pełnowymiarową wersję i uczynię to przy najbliższej możliwej okazji.
Ocena: 10/10
Cena: prezent

wtorek, 16 lutego 2016

Lindt, Caramel Croquant + obiadowa kaszasta inspiracja

Lindt Caramel Croquant - bo jak trafiam na promocję czekolad w Empiku, to są to właśnie takie smaki. Wolałabym czystą mleczną, na którą od jakiegoś czasu "się czaję" (choć bez zbytniej presji), ale skoro już przecena jest, to szkoda nie skorzystać. Mając to wyboru tę i okropną 85%, nie wahałam się ani chwili. 


Pachnie intensywnie słodko, krówkowo i jakby tak.. słodką śmietanką?


Jest zaskakująco miękka, zaskakująco bo w taki mleczny, bogaty sposób. Jak kłębek ubitej słodkiej śmietanki. Jako pierwsza wybiła się słodzka, krówkowa nuta; nie karmelowa, nie toffi, ale krówkowa właśnie. Z tym smakiem w dziwny (czy nie tak dziwny) sposób związane było kakao. Jakby był to czekoladowy, krówkowy cukierek? Tezę tę podtrzymałam do czasu, gdy przegryzłam spory kawałek karmelu.


Chrupiących drobin jest od groma. Są bardziej karmelkowe niż karmelowe, leciutko tylko palone. Nie powaliły mnie specjalnie, ale w porównaniu z czekoladą, to one są tymi 'wytrawniejszymi'. Jednocześnie mam wrażenie że część kakao się przy nich.. skoncentrowała (?) i przez to w moich myślach pojawiły się czekoladowe Werthers'y.

Nikogo chyba nie zaskoczę mówiąc, że poziom słodyczy jest przez cały czas  bardzo wysoki, raczej trudno znaleźć słodszy produkt od Lindt'a. Do tego mleczność przeważa nad kakao, które jest o wiele mniej wyczuwalne niż chociażby w kopułce ze świątecznej Weichnachts. I przez to uważam, że nie jest to czekolada na co dzień, bo 'czekoladowością' to ona nie powala. To tak teoretycznie, a w praktyce? W praktyce podobnie, jednego dnia Caramel Croquant nie podpasowała mi w ogóle i poddałam się po połowie kostki. Następnego natomiast zjadłam na raz prawie pół tabliczki, przesłodzona do granic możliwości, ale szczęśliwa. Stąd ta wysoka (w porównaniu do wydźwięku recenzji) ocena.
Ocena: 8/10


EDIT: jako że post wyszedł dość krótki, pokażę wam dzisiaj także jedną propozycję obiadową, do której inspirację zaczerpnęłam z przepisu Iwusa :) Jest to szybkie wegańskie danie, które w swej prostocie podbiło moje serce i kubki smakowe. Wykonanie jest bardzo proste i mieści się w 20 minutach!


Składniki:
50-60g kaszy jaglanej
Pół (ok. 200g) brokuła
Jedna duża marchewka
1-2 łyżki (wg. uznania) orzeszków ziemnych

Wrzucamy woreczek kaszy (biorę z niego mniej więcej połowę) na wrzątek, lekko solimy i po zagotowaniu zostawiamy na małym gazie. W tym czasie obieramy i kroimy w krążki/kostkę marchewkę a brokuła dzielimy na różyczki. Z jego 'nogą' możecie zrobić co chcecie, ja zjadłam na surowo tak jak polecał autor oryginalnego przepisu - rzeczywiście pycha! Wracając, kiedy kaszy zostało ok. 3 minuty do końca gotowania (ja ją trzymam ok. 20 minut), wrzucamy do niej brokuła, a na ostatnią minutę dodajemy też marchewkę. Po tym czasie wszystko odcedzamy i odstawiamy na chwilę, bo czas na nasz ostatni składnik: orzeszki. Rozgrzewamy suchą patelnię i prażymy fistaszki przez 2-3 minuty, aż się ładnie przyrumienią. Na talerz wykładamy kaszę, warzywa, posypujemy orzeszkami i nasze mega pyszne i szybkie danie gotowe! W oryginale autor doprawiał je też kuminem i miętą, ja nie miałam żadnej z przypraw więc pominęłam :) Smacznego!
Wartość energetyczna: ok. 450 kcal :)


środa, 20 stycznia 2016

Lindt, Weihnachts Orangen-Truffel: mleczna nadziewana truflą pomarańczową i przyprawionym nugatem

Święta święta i Nie, nie zrobię wam tego, ale gładko wytłumaczę czemu o takiej porze taka tabliczka: stacjonarny sklep firmowy Lindt'a, w którym byłam zupełnie przypadkowo (wcale nie szukałam Creation Amarettini), postanowił zrobić wyprzedaż świątecznych produktów, mimo że nie nagliły ich krótkie daty ważności (moja nadziewajka ważna do marca). Były tam i puszki Lindtorów, i mikołaje i nawet płatki mlecznej pomarańczowej czekolady, których nie widziałam w sklepach. Skusiłam się na przecenioną na 6zł (!) Weichanchts Orangen-Truffel, która mimo fatalnego dla mnie zestawienia smaków (pomarańcza + tłuściutki nugat) spodobała mi się od pierwszej chwili, gdy ją ujrzałam.


No powiedzcie, że to opakowanie nie jest boskie. Cieszy oko, nawet jeśli święta są już tylko wspomnieniem.


Tabliczka podzielona w systemie 5 rzędów po 3 kostki, z czego każda waży 10 gram, więc na wszelki wypadek przytrzymajcie boki wylewające się zza paska. Nie pokazałam wam jej w całości, gdyż z cierpliwością wygrała moja ciekawość i otworzyłam ją już w autobusie. (Miny stojących nade mną ludzi - bezcenne) Wydobywa się z niej wybitnie pomarańczowy zapach, czy raczej jej aromat.
Przeszedł on także samą czekoladę, która jest lindtowsko-wyborowa: wyraźnie mleczna i jakby od tego mleka tłusta, do tego przyjemnie kakaowa. Mogłaby być jej grubsza warstwa.. W sumie kogo ja oszukuję, mogłaby być ona sama ;) (któregoś dnia chyba zakupię mleczną Excellence)


Biała część nadzienia, wyraźnie cieńsza od brązowej, jest ową tajemniczą pomarańczową truflą, a tak naprawdę mlecznym (śmietankowym?) kremem wzbogaconym olejkiem. Bałam się że będzie to taki sam koszmarek jak w Creme brulee, ale na szczęście się pomyliłam. Jest mlecznie aka śmietankowo, tłusto i słodko ale w sposób wyważony.. I pomarańczowo, tak jak pomarańczowe są kolorowe śmiercionośne napoje. Brzmi źle, ale w rzeczywistości gra to naprawdę dobrze. Czyżby sztuczność, nadzienie "o smaku" wygrało z naturalnością? Myślałam, że to niemożliwe, ale jak widać nielubiane przeze mnie pomarańcze rządzą się innymi prawami.


Przeważająca w nadzieniu brązowa warstwa jest już konkretnie tłusta, na szczęście po części w sposób orzechowy, więc łatwiej mi jej to wybaczyć. Nie daje masłem jak Lindtory, ale idealnie obrazuje czemu nie przepadam za nugatami. Nie powiem żeby był naturalnie orzechowy, smakiem przypomina mi Monte w wersji wyidealizowanej, jak we wspomnieniach z dzieciństwa. W tym wszystkim miały się znaleźć także przyprawy, ale szczerze, chyba bardziej wyrazista pod tym względem była trufla. Nie odmówię miejsca szczypcie cynamonu i jego charakterystycznej korzenności, ale nie będę się bawić w dalsze zgadywanie smaków. Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej.
Edit: still better than RS Vanilla Chai Latte :')


Świąteczny Lindt Orandżen-trufeln ma pewną ciekawą właściwość, a mianowicie nie mogę go zjeść więcej niż dwie kostki na jedno posiedzenie. Z czasem czuję w nim narastającą gorycz, która kojarzy mi się, tak jak aromat cytrusa, z taką obecną w pomarańczowych napojach gazowanych. Co prawda piłam takie parę razy w życiu, ale dokładnie pamiętam jak smakuje np. Fanta i ma ona coś wspólnego z tą czekoladą. Może to lepiej że nie da się zjeść jej  za dużo? Starczy mi przynajmniej na parę dni i nie będę tworzyć jeszcze większej kolejki w postach. Podobała mi się w niej czekolada, najlepsza z jaką dotąd się spotkałam pomarańczowość, a także jej (tabliczki) rozpuszczalność. Nugat to takie bardziej 'meh', ale cieszę się, że został wzbogacony chociaż tą szczyptą cynamonu. Całość smakowała mi bardziej, niż się tego spodziewałam i życzę Lidnt'owi (i sobie c:) podobnych zaskoczeń w przyszłości.
Ocena: mocne 8/10
Cena: 6zł :>>

poniedziałek, 26 października 2015

Lindt Excellence, Dark Assortment

Jakiż ciekawy był wczorajszy wieczór. Zamiast uczyć się do x przedmiotów i robić rzeczy względnie pożyteczne, albo zwyczajnie siedzieć w łóżku i czytać cegłowatego HP and the goblet of fire, ja w panice patrzyłam na moją słodyczową szufladę, w której zostały jedynie mini Princesse i wedlowski Czekowafer. Rezultat tej obserwacji był oczywiście taki, że wskoczyłam na rower i udałam się do starej dobrej Almy, w poszukiwaniu produktów do testowania. I tak los chciał, że wzięłam nowe, pancerne zapięcie, które miało chronić mój bicykl przed bezwzględnymi złodziejami. Super, zaje*iście, szkoda tylko że raz zamknięte nie chciało się już otworzyć. Mimo pomocy osób trzecich do akcji musiał wkroczyć mój tata, który przywiózł ze sobą (też na rowerze) uroczą, ręczną piłę; I tak żeśmy piłowali moje cyber-mocne zapięcie (cholerstwo miało w środku stalową linkę) a potem jak gdyby nigdy nic, odjechaliśmy spod Promenady do domu. Doprawdy świetna przygoda, po całym zdarzeniu byłam tak zła, że musiałam chciałam doładować się czymś słodkim. Ale coby cukru na noc zbytnio nie żreć, zebrałam się i dokończyłam test mini Lindt'ów w odcieniu Dark. Efekty widzicie poniżej, zapraszam do zapoznania się z wszystkimi czterema smakami.
~ ~ ~

Licząc na chociaż odrobinę słodyczy, zaczęłam od wersji której istnienie przechodzi(ło) moje ludzkie pojęcie - Lindt, deserowa z pomarańczą.


Odwijam jednocześnie uroczy i elegancki papierek, biorę pożądny "niuch": przez aromat czekolady przebija się kwaśna woń skórki pomarańczowej.. Ugh, czemu ja to robię?!


Kosteczka rozpuszcza się gładko, mm, Lindt.. Tak jak lubię. Od pierwszej chwili czuję kakao idące w parze ze słodyczą; w parze, ale jakby trochę z przodu. Niby kroczą razem, ale to kakao ma dłuższe nogi i wyprzedza ślamazarowaty cukier, któremu nawet nie może być smutno, skoro jest taki słodki. Równoległym torem podąża wyraziście pomarańczowy, trochę 'galaretkowy' smak. Na szczęście nie czuć w nim typowej dla skórki pomarańczy goryczki, która jest skaraniem boskim, dżumą i tyfusem w jednym.
Po dłuższym ciumkaniu dochodzę do wniosku, że jednak cała czekolad(k)a jest przesiąknięta aromatem pomarańczy, a że jej smak kojarzy mi się z galaretką, sytuacja zdaje się podobna do malinowo-malinowej Studentskiej. Tak jest, ale trzeba tu pamiętać o różnicy w jakości i wykonaniu. Lindt jest absolutnie smakowity, nie ma tu mowy o sztuczności czy plastiku. Podkreślam to jeszcze raz: Lindt jest lepszy, ale dostanie ocenę niższą o pół punktu, co wynika zwyczajnie z moich smakowych preferencji. Jednak nigdy nie pokocham pomarańczy w czekoladzie.
Ocena: 7,5/10


Następnie Lindt with a touch of sea salt, którego wersję z dodatkiem karmelu już jadłam (na pewno kiedyś się pojawi). Spodziewałam się czegoś bardzo podobnego, jednak jak zwykle wyszło inaczej.


Czy sól ma zapach? Pytam poważnie - mam wrażenie, że ją czuję, ale nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe. Będę wdzięczna za oświecenie mnie.


Kakao równie wyraziste jak w wersji Orange, a może nawet mocniejsze. Równie zrównoważona jest też słodycz, czyli słodko, ale bez przesady. Mniam.
Sól, w przeciwieństwie do wcześniej recenzowanej Vanini, jest rozsiana równomiernie po całej kostce, pokruszona na yyy okruszki. Czuć je pod językiem, okazjonalnie trafi się taki co chrupnie. Przyprawa ta komponuje się tu idealnie, dla mnie to dodatkowe źródło endorfin. Jednocześnie mam wrażenie, jakby do samej czekoladowej masy (jakoś brzydko to brzmi :P) sypnięto takiej soli z solniczki i przeniknęła ona smakiem całość. Nawet nie mając kryształków solnych pod zębami, czuję słoność. Osobiście obeszłabym się bez tego, wolałabym większy kontrast między smakiem słodkim a słonym.
Nie wiem czy między miniaturką a pełnowymiarową tabliczką jest jakaś różnica, ale na pewno ten Lindt nie zachwycił mnie równie mocno co wersja z karmelem. Raczej po nią nie sięgnę ponownie, choć i tak stoi w moim rankingu dość wysoko.
Ocena: 8/10


Kolejna kostka, kolejny powód do zadumy. Lindt 85% - zaznaczam. że jest to opinia człowieka niezaznajomionego z takimi procentami (hehs), stąd porównania nie mam żadnego, idę na totalny żywioł.


Zapach jest taki surowy, kwaskowo-metaliczny. Czuć, że nie mamy do czynienia z deserówką, o nie.


Czekolada chrupie jak ta lala. Jest bardzo mętna, mulista, momentalnie wysusza buzię od środka. Jakby kakao w niej zawarte błyskawicznie pochłaniało wszelką wilgoć. Nie potrafię stwierdzić, czy czuję gorycz czy kwasek. Trochę jakby oba te smaki zlewały się w jedno. Na początku myślałam, że przypomina mi kawę, ale to jeszcze co innego.Na słodycz właściwie nie ma tu miejsca, a przynajmniej takie mam wrażenie, że wszelkie złudzenie słodkiego smaku to.. No właśnie, złudzenie. Sugestia?


Z pewnością nie jest to czekolada dla każdego, a przynajmniej nie dla mnie. Smakowała mi, ale jako eksperyment, nie sięgnęłabym po nią nawet w razie ochoty na coś wytrawniejszego. 70% wydaje mi się idealne, 85 to już za dużo. Wielbicielom jak najbardziej polecam.
Ocena: 7/10


Tak lekko spoilerując, przechodzimy do ostatniej, tym razem 70-cio procentowej małej czarnej.


Pachnie słodko-kwaśnawo, mam wrażenie, że podobnie do pomarańczowej. Trochę mnie to zdziwiło, w końcu sporo procent je dzieli, ale możliwe, że po aromacie 85% mój nos płatał mi figle.


Biorę gryz, znowu: trzaska, aż miło. Do akcji wchodzą już lekko zmęczone ślinianki, jednak tutaj na szczęście nie ma już tej mulistości, tego zaklejania buzi, współczynnik samodzielnego rozpuszczania jest na przyzwoitym poziomie. W przeciwieństwie do poprzedniczki, na pierwszy plan wysunęła się goryczka, a po niej delikatny, owocowy kwasek. Żaden smak nie jest zbyt intensywny, albo raczej - żaden się nie narzuca. Całość zwieńczała delikatna słodycz, którą zarejsetrowałam z ulgą i radością. Wytrawność, szlachetność, słodycz - wszystkie razem tworzą tu harmonijną całość. Z chęcią sięgnę po pełnowymiarową wersję tego produktu.
Ocena: 8,75/10
~ ~ ~

No i tak dotarliśmy do końca paczki (znaczy czekoladek było 16 sztuk, ofc nie zjadłam wszystkich na raz.. mwahaha), mam nadzieję, że się nie zanudziliście. W najbliższym czasie zapewne pojawią się kolejne miniaturki, ale że to jestem ja i moje ogarnięcie, to nie jestem pewna kiedy. Miłego wieczoru życzę.

środa, 23 września 2015

Lindt, Creation: Creme Brulee

Polowanie na Lindta czas zacząć! Pełen optymizmu kaczy łowca, wedle ustalonego wcześniej planu, tuż po ostatnim szkolnym dzwonku udaje się na przystanek. W drodze okazuje się, że do odjazdu autobusu została niecała minuta i spokojny chód zamienia się w paniczny bieg. Uff, łowca zdążył, następne 30 minut spędza ściśnięty w tłoku myśląc o tym, że najpewniej wygląda jak.. rozczochrany bóbr tudzież wiewiórka po zaciętej walce o orzeszka. Dociera na miejsce, poprawia włosy i brawurowo wkracza do jaskini lwa (zwanej również Almą); nogi same prowadzą go w kierunku półek z czekoladą. Kiedy dociera, z przerażeniem stwierdza, że nie widzi tej jedynej, wymarzonej czekolady - jedynie ta Jedyna uśmiecha się szyderczo. Przekopuje alejki wzdłuż i wszerz - nie ma. Nie-ma. NIE-ma. NIE-MA! Ach, wyjdźcie głosy z jego głowy, dajcie mu odmaszerować z godnością! Te łzy w oczach, rana w sercu - nic to! Czasami trzeba się przyznać do porażki...

...i następnego dnia pojechać do Tesco i tam wybrać, spośród całego wachlarza smaków, tak długo oczekiwanego Lindta Creation 100g. Nie 150g, a 100g! Tak, nareszcie! Mniejsza tabliczka, mniej do zjedzenia, mniej kłopotu. Tzn. mały kłopot przy kupnie był, stąd wspaniały wstęp, który pisało mi się bardzo przyjemnie w przypływie weny. Tak czy siak bardzo się cieszę z pomniejszonej wersji tabliczek tej bardziej wypasionej, Lindtowskiej serii. Dotąd kupiłam (jeszcze w wakacje) 150-cio gramową Hazelnut de luxe i myślałam, że jej nie przejem. Nie zachwyciła mnie specjalnie, stąd naprawdę długo zastanawiałam się nad wyborem następnej Creation. W końcu czując na plecach wzrok ochroniarzy, postawiłam na wariant Creme Brulee, o którym naczytałam się naprawdę dużo dobrego. 


Opakowanie jest małe i poręczne, jak dla mnie - przeurocze. Poza kartonikiem tabliczka zawinięta jest w sreberko, na które zazwyczaj narzekam, ale tutaj dobrze spełnia swoją rolę. Bez zbędnych ceregieli wyłuskałam z niego czekoladę i zaciągnęłam się PRZEBOSKIM zapachem. Kakao, głębia, gładkość.. Już przebiegło mi przez myśl, że po południu koniecznie idę pobiegać, bo na pewno pochłonę całą tabliczkę na raz..


Zaczęłam oczywiście od obgryzienia czekolady i powiem tak - jeśli kiedyś komuś mówiłam, że najlepszą mleczną robi firma x, to odwołuję te słowa. Lindt'owski twór to słodkie i rozpływające się w ustach cudo. Mocno mleczne, iście kakaowe i przyjemnie tłuste. Jakby tego było mało, pewna karmelowa nuta (czyżby pochodząca z nadzienia?) przesiąkła czekoladę na wskroś, idealnie dopełniając paletę smaków. Ambrozja, pokarm bogów, dajcie mi tego wincyj.. 
Serce bije szybciej, mordka się cieszy, wgryzam się w nadzienie przygotowana na kolejną falę rozkoszy..


...ech, no i koniec z byciem miłą. Nie można tak cały czas, nie? Środek tabliczki Creation to nic innego jak ROZCZAROWANIE. Najpierw krem, o którym nie jestem w stanie powiedzieć niewiele więcej, niż to, że był słodki. I tłusty, dla odmiany w niezbyt przyjemny sposób. To straszne, ale po czasie naszło mnie skojarzenie z tym paskudztwem opisanym przez Natalie. Nie był aż tak zły, ale w teksturze bardzo podobny. Poza tym w środku znajdowały się jeszcze kawałki palonego karmelu - one były całkiem niezłe, wyłuskane ze środka dawały fajny, gorzki posmak, niestety w towarzystwie kremu mocno bladły; głównie chrupały pod zębami. Nie dały rady przełamać cukrowej fali bijącej od nadzienia.. Przesłoniła ona przyjemną słodycz czekolady i całość stawała się przesłodzona. O ile w takiej Milce potrafię to zrozumieć, tak od Lindt'a tego nie oczekiwałam.

(Nie ukryjesz się przede mną ochydo :<)

Zanim ktoś się o to przyczepi: tak wiem, że creme brulee jest bardzo słodki, ale w parze ze słodyczą powinno iść coś więcej, czego tutaj wg. mnie zabrakło. Czekolada na 6+, nadzienie.. naciągane 3-. Średnio wychodzi 4 z plusem i podobnież było - zjadłam dwa rządki, smakowało mi, ale to NIE BYŁO to, czego oczekiwałam po tak wychwalanej czekoladzie. Trochę (bardzo) smutek i rozczarowanie.
Ocena: 7/10
Cena: 8,99zł (promocja)
Polecam: jak ktoś ma ochotę zniszczyć sobie marzenia :)