Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 sierpnia 2017

UPDATE tabliczek vol. 2 - mydło i powidło

W czasie nieobecności nazbierała mi się taka MASA pustych opakowań po czekoladach, że stwierdziłam że dla spokoju ducha wrzucę je na bloga w formie krótkich notatek. Enjoy :)

Milka Peanut Caramel



Połowę października ubiegłego roku uganiałam się za Milką Peanut Caramel, a konkretniej szukając jej na przecenie. Z tego co pamiętam udało mi się ją dorwać za 7zł i powiem tak: smak oceniłabym na 6/10, ale z powodu wielkiego hype;u na tą czekoladę, dużych oczekiwania i też sporej ceny 'podstawowej', dałabym 5/10. Bez żadnego wyrazistego elementu, powiedziałabym, że "o smaku" ala Michałkowym. (tu krótka uwaga: ja Michałków nie lubię). Słodka, nudna i przeciętna.
Ocena: 5/10
Cena: promocyjna 7zł

La Chocolaterie De Provence - White & Coconut


 

Będąc świadkiem długiej i bolesnej śmierci Almy, wybrałam się któregoś razu na ostatnie zakupy. Liczyłam na dorwanie pewnych wypasionych tabliczek na promocjach, ale nie, do samego końca pani A. musiała zachować dumę i żadnych przecen nie było. Tak czy siak wzięłam wtedy białą czekoladę z kokosem od La Chocolaterie De Provence. Widzę ją w myślach jak przez mgłę, ale pamiętam z niej dużo mleczności, świeże i wyraziście chrzęszczące wiórki kokosa i porządną, jak na białą tabliczkę przystało, słodycz. Za tłusta i za cienka przy tym jak dla mnie.
Ocena: 7/10
Cena: coś koło 8zł

Cachet Peru 64%


Kolejną Almową tabliczką była Cachet Peru 64%. I tak jak spodziewałam się po niej nie tyle co rewelacji, ale wybuchów, szalonych smaków, damn momentów i ogólnego szaleństwa, tak w rzeczywistości okazała się ona.. Po prostu dobra. Miała w sobie nuty ekwadorskie, a przynajmniej tak ją pamiętam: trochę kwasku, trochę słodyczy, nie są to moje ulubione smaki. Cieszę się, że spróbowałam, ale wiedząc jak smakuje, nie kupiłabym jej ponownie.
Ocena: 6/10
Cena: 9,99zł

Marks&Spencer - Dark chocolate witch crunchy, spicy plantain chips


W następnej kolejności spożyta przeze mnie została tabliczka zakupiona jeszcze w zeszłe wakacje, a mianowicie M&S, Spirit of Summer: Single Origin Dominican Republic Dark Chocolate loaded with crunchy, spicy plantain chips.. Uff. Czy smak był aż tak złożony jak nazwa? Nie powiedziałabym, ale tak czekolada była bardzo przyjemna: nie powiedziałabym, że miała 69% kakao, bardziej zapamiętałam ją jako deserówkę, ale przyzwoicie kakaową, tłuściutką, odpowiednio słodką, a do tego zawierającą niebanalny dodatek: chipsy bananowe z mieszanką przypraw ogólnie nazywaną cajun. Banana samego w sobie ciężko było w niej poczuć, ale jako element dodający pikanterii owe chipsy sprawdziły się dobrze: pamiętam pieprz kajeński, pieprz czarny, dodatek soli i nutę czosnku. Ciekawy bajer, aczkolwiek mogłoby być więcej banana w bananie :)
Ocena: 7.5/10
Cena: koło 10zł

Trapa - biała ze stewią

~Tak zupełnie niechronologicznie, ale na bank o niej potem zapomnę - tabliczka jedzona w lipcu tego roku. Przepraszam za okropne zdjęcie, aż mnie zęby bolą, ale to tak na dowód że nie wzięłam losowego produktu z internetu xd~

Skład: substancja słodząca (maltitol, glikozydy stewiolowe 0,02%), masło kakaowe, mleko w proszku, masło, emulgator (lecytyna sojowa), aromat.

Najbardziej zapadła mi w pamięć jej tłustość i lepkość - ówcześnie pogoda była "na bluzę", a mimo to nie byłam w stanie zjeść jej bez ubabrania się jak małe dziecko. (Czy jak Zofija jedząca lody) Roztapiała się szybko i proszkowo. Pamiętam że była słodka w sposób charakterystyczny dla słodzików typu ksylitol (efekt chłodzenia). Myślę że największym zarzutem jaki bym jej postawiła tbył brak konkretnego smaku, kierunku. To tak jakby chcieć zjeść deserową Wedla (why though), która nie ma w sobie posmaku charakterystycznego dla tego producenta. Trochę lipa. Jedyne co, to przez podatność na topnienie, uczucie chłodu i taką ogólną mulistość, biała Trapa przypominała mi.. kostkę masła. Palce lizać. *EDIT* Ooo, masło widnieje nawet w składzie. No to zagadka rozwiązana. I nie, nie było czuć stewii.

Ocena: 6/10
Cena:  6zł

W sumie nie wiem czy ktoś przeczyta ten update, ale jakby co będzie jeszcze parę części ;)


czwartek, 10 grudnia 2015

Milka, Lu (35g)

Wpis szybki, opis krótki, bo tyle rzeczy do robienia, a czasu tak mało. Będąc w środku pisania referatu na historię (ach, ta druga wojna światowa) odczułam mocną potrzebę podniesienia poziomu glukozy we krwi. Otworzyłam szufladę i zobaczyłam Ją.. No powiedzcie, czy na tamten moment nie był to najlepszy wybór?


Bazą uroczej, 35-cio gramowej kostki jest stara dobra klasyczna Milka. Najczęściej słyszę, że ludzie hejtują ją za słodycz, ale wg. mnie tłustość jest jej główną wadą. Zamiast skojarzenia ze wspaniałymi ziarnami kakaowca i ich naturalnym tłuszczem, mi stają przed oczami butelki oleju, którego nie lubię i używam w ilościach minimalnych. Przepraszam za tak okrutne i niesmaczne skojarzenie, ale nic nie poradzę że tak ją właśnie odbieram.
..Co nie wyklucza oczywiście tego, żebym ją kupowała. Logiczne? No nie wiem, ale nie wszystko w życiu da się podstawić do wzoru (czego jako umysł ścisły bardzo żałuję).


Z moim nastawieniem do Milkowej bazy, przytwierdzone do niej herbatniki stanęły przed nie lada wyzwaniem: Być dobre same w sobie i przyćmić jednocześnie niedoskonałości czekolady..
Z tym pierwszym im się udało: są chrupiące, ale nie nazbyt kruszące, minimalnie słodkie i mocno zbożowe. Wydaje mi się, że idealne do maczania w mleku. Z chęcią kupiłabym kiedyś całą ich paczkę, tak w razie ochoty na coś słodkiego na wieczór.

Czy jednak, przy całej swej dobroci, mini-Lu uratowały czekoladę? Wg. mnie nie, moja niechęć do tłuszczowo-czekoladowej tabliczki jest zbyt silna. Zapewne jest wiele gorszych od Milki czekolad, ale to skojarzenie z olejem..


W końcowej ocenie chciałabym ją wyróżnić jako lepszą od Milki Tuc, bo nie występował w niej aż taki efekt przetłuszczenia. Oceny wyższej jednak dać nie mogę, ponieważ na 7 punktów oceniałam czekolady, które w moim odczuciu były od Milki Lu smaczniejsze.
Ocena: 6.5/10
Cena: 1,49zł

Mam do was pytanie, jako że przede mną duża degustacja miniaturek od Dolfina <3, chciałabym znać waszą opinię, czy gdy już to nastanie wrzucać  opisy dzień po dniu/co dwa-trzy dni bez przerwy, czy raczej to rozdzielić w czasie? Jako autor jestem ciekawa co wam bardziej odpowiada, nie chciałabym żeby ktoś się po czuł znudzony (to po pierwsze), gdyż jest to naprawdę godna uwagi firma i pragnę godnie wam ją przedstawić. Po drugie, ktoś piszący dłużej i mający więcej doświadczenia zapewne miewał podobne zagwozdki, dlatego pytam :)


(Takie tam, prawie 0,7 kg czekolady)

czwartek, 19 listopada 2015

Milka, Oreo 100g

No i kolejna Milka na blogu. Niby coraz bardziej mnie od nich odpycha, ale z drugiej strony są smaki z którymi chcę się 'rozprawić' raz na zawsze, albo na przekór własnym, wyidealizowanym wspomnieniom, albo na przekór innym. A Milka Oreo... Wiedziałam, wiedziałam że kiedyś ją opisze, ale od początku założenia bloga nie przyszedł taki dzień, żebym miała na nią ochotę. W końcu, któregoś szarego, jesiennego popołudnia, sięgnęłam do szuflady ze słodyczami i otworzywszy  ją zaledwie do połowy pomyślałam: Nie.
Czekolada. Oreo. Milka. Teraz.
...
Zaraz, muszę iść po nią do sklepu.


Oglądając i wybierając zdjęcia nie mogłam się zdecydować, czy czekolada mi się tak właściwie podoba czy nie. Przez jej taflę prześwituje mnóstwo kawałeczków Oreo, przez co wygląda jak ziemia obsypana mrówkami.

Co do zapachu.. O,. wreszcie jakiś konkretniejszy! Milka nie zdołała przyćmić kakaowości ciasteczek i kinderkowości nadzienia. Z racji na jej (Milki) grubość, nie liczyłam, że w smaku będzie inaczej.

Warstwa czekolady jest tłusta, paląco słodka i szybko niknie na języku; Dziwię się, że tak mi kiedyś smakowała (i to sama!), w ostatnim czasie odkrywam coraz więcej jej wad. Czy mnie to cieszy? No nie wiem, z jednej strony powoli zaczynam doceniać 'prawdziwsze' i, bądź co bądź, zdrowsze czekolady, ale mój portfel na pewno tego nie pochwala.


Biały krem jest jeszcze tłustszy i kinderkowy w smaku, choć tu raczej część mleczności zastąpiono tłuszczem właśnie. Albo ja inaczej Kinderki pamiętam :P Oczywiście słodki przez duże S, chociaż nie wiem. czy bardziej niż czekolada.

No i w końcu czas na głównego bohatera: kawałków Oreo, jak mówiłam, jest naprawdę dużo. Są one chrupiące, kruszące (co objawiło się przy próbie wyłuskania ich z czekolady), cierpko-kakaowe i niesłodkie. Mają w sobie delikatny, słony pierwiastek, ale taki naprawdę subtelny, zanotowałam go dopiero jedząc je solo.
Nadają całości ten fajny efekt że gryząc, najpierw czujemy mocną słodycz, ale zaraz po niej kakaowość. Tak sobie myślę, że gdyby płynęła ona też z samej czekolady, to ta tabliczka byłaby bliska ideału.

Bardzo cieszyłam się, że ciastek było tak dużo, bo po 1) były przepyszne a po 2) pomimo rozpuszczaloności Milki  (która w warunkach normalnych wynosi 97 w skali 10-cio punktowej), tabliczka była dobra do pochrupania. Żadne tam pitu-pitu, zęby miały zajęcie, czyli tak jak lubię.

Podsumowując: było słodko i to bardzo, ale ani przez chwilę nie pomyślałam, że jest ZA słodko. Ta tabliczka po prostu taka miała być: słodka, potem kakaowa i na końcu tłusto-mleczna. Zadanie swe spełniła, mnie usatysfakcjonowała. Choć i tak wolę Chips Ahoy.
Ocena: 7/10
Cena: 3,49zł


P.S Uwaga spoiler : za parę dni kolejna ciasteczkowa czekolada 3:D

P.S c.d: Popatrzcie co znalazłam w niepozornym sklepiku koło szkoły <3
Edit: Przypomniałam sobie, że ten sklep to jeden z sieci ABC po sąsiedzku - nie wiem, czy wszystkie mają ten sam asortyment, ale zainteresowanych informuję. ;)

czwartek, 5 listopada 2015

Milka, Tuc

A co to to, co to za recenzja mi się zaplątała? Ba, recenzja, zbitek zdań zapisany w którejś z notatek 'Bez nazwy' nr. 1422. Taka miła niespodzianka, nie? Powinnam się uczyć hiszpańskiego, ale to znalezisko skutecznie mnie sprowokowało do spędzenia nad laptopem nadprogramowej godziny. Haha, #priorytety.


Milka Tuc, czyli połączenie tłustej, piekielnie słodkiej Milki z tłustym, już nie słodkim a słonym krakersem. Żadnego z tych produktów nie jem na co dzień, w sumie Tuc'ów nie jem w ogóle, ale ich połączenie wydało mi się bardzo interesujące; Pomimo mojego zdania o Milce jako czekoladzie z paroma poważnymi wadami, wiem że firma ta potrafi wypuścić coś bardzo dobrego - pamiętam, że parę miesięcy temu jadłam wersję z precelkami i baaardzo mi smakowała. Niestety od tamtego czasu już jej nie widziałam, za to wersja Tuc rzucała mi się w oczy podczas każdej możliwej wycieczki do sklepu. W końcu stojąc przed wizją pustej słodyczowej szuflady pomyślałam - to jest ten dzień. Milko, dostajesz ode mnie kredyt zaufania, nie zmarnuj go!

Na całe szczęście krakersowa tabliczka jest "lżejsza" o całe 13g, czyli można ją zjeść całą (jakby ktoś chciał) bez żadnych wyrzutów sumienia. Inna sprawa, że połączenie cukru, tłuszczu, tłuszczu i soli to dla figury zabójcza kombinacja, ale jeśli ktoś liczy jedynie kalorie - niech się cieszy.


Tafelka czekolady jest podzielona na 5 rzędów po 2 kostki i każdą z nich 'koronują' dwa krakersiki - jeden z dołu, drugi z góry. Wygląda to po prostu przeuroczo, kosmicznie prześlicznie i w ogóle tęczowo-rzygowo-pięknie. Ciasteczkowe miniaturki podbiły moje serce wyglądem, kolejno za nim powinien iść zapach. A tu dupa, bo Milka pachnie Milką i niczym więcej. Eliminuje ewentualną woń krakersa i każe zastanowić się, czy aby na pewno nie mamy przed sobą gładkiej tabliczki. (Nie uważam tego za bardzo nieprawdopodobne, te mini-Tuc'i były tak słodkie, że mogłam je np. pożreć samymi oczami i nawet się nie zorientować. I co wtedy?)


Milka.. Hmmm, Milka jak to Milka. Słodka, tłusta, jeszcze mniej kakaowa niż pamiętałam.. Niee, za każdym razem tak myślę, chyba po prostu lubię narzekać. Tzn. przynajmniej w tej kwestii, bo ogólnie nie znoszę narzekających ludzi, a w szczególności, gdy mówią o pierdołach. Takitam skok w bok, a z czekolady właśnie spadł mi krakers. Jest chrupki, ale, na szczęście - nie kruszący się, rumiany i jak Bóg przykazał, słony. Odpowiednio tłusty, jak to krakersy bywają, choć mam wrażenie, że mniej, niż te paczkowane. Ale to bardziej domysły z mojej strony.



Przy połączeniu obu elementów, krakersowi na krótką chwilę udaje się przełamać słodycz płynącą z czekolady. Jest to jednak chwila-moment, po której cukier atakuje znów. Chciałabym, żeby te Tuc'i były o tyle grubsze, żeby efekt balansu pomiędzy nimi (smakami) był mocniejszy. To z jednej strony, z drugiej zaś, im dalej w czekoladę, tym tłuściej z obu frontów się robiło, a słodycz wzrastała do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie wiem jak to możliwe, ale ta tabliczka zasłodziła mnie szybciej i bardziej niż M. Collage, która miała przecież takie dodatki jak karmel, ciasteczka, krem.. Po połowie było mi wręcz niedobrze, a w ustach pozostał mocny niesmak. Nie było to tak dobre połączenie jak oczekiwałam, też do samej Milki miałam więcej zastrzeżeń niż zwykle. Chciałabym, żeby werdykt końcowy był lepszy, ale podniebienia nie oszukam.
Ocena: 6,5/10
Cena: 3,59zł


sobota, 24 października 2015

Milka, Collage - caramel, biscuit & chocolate drops

Moje wewnętrzne pragnienie estetyki daje o sobie znać bardzo rzadko. Nie jestem człowiekiem patrzącym na detale, ładne opakowania rzadko mnie przyciągają (co innego napis NEW, Nowość, Limited edition.. :P). Kiedyś myślałam o prowadzeniu śniadaniowego bloga, jednak doszłam do wniosku, że moje miseczkowe śniadania częściej wyglądają jak kupa kolorowego pawia, niż coś godnego sfotografowania. Dzisiejszą Milkę  kupiłam pod wpływem zachwytu, jaki wywołały u mnie jej śliczne kosteczki, skrzętnie obfotografowane przez Olgę. Nigdy nie byłam hejterem tej firmy, choć jej wielką fanką też się nie nazwę. Jednak w przeciwieństwie do paskudnych nadziewańców Wedla, na które jestem raczej cięta, żadna fioletowa krowa nie jest mi straszna - ot, najwyżej będzie za słodko/tłusto, ale na prawdziwie niesmaczną, milkową tabliczkę jeszcze nie trafiłam.
Bez uprzedzeń i bez specjalnych oczekiwań zasiadłam do degustacji Milki Collage.



Kosteczki, jak mówiłam: prześliczne, są grubsze niż te standardowe, na dole mają cienką warstwę czekolady, dalej - całkiem pokaźną ilość nadzienia, potem znowu czekolada (tym razem jest jej o wiele więcej) i na koniec oczywiście dodatki w postaci kawałków karmelu, ciasteczek i ciemnych (kakaowych?) kropelek. Żeby uczynić recenzję bardziej precyzyjną, spróbowałam każdego elementu z osobna, babrząc się przy tym niesamowicie.

Na pierwszy ogień poszła sama czekolada, która pachnie tak milkowo, jak tylko Milka pachnieć może. Nie wyczułam żadnych innych nut, nic świadczącego o tym, że w środku kryje się kakaowe nadzienie. Dodatkowo cykając jej zdjęcia doszłam do wniosku, że błyszczy się jak kawałek plastiku - mniam, aż chce się jeść!
Trochę narzekam, ale proszę o nie trzaskanie drzwiami, bo czekolada nie jest taka zła. Na początek: nie pozbawiona tłuszczu mleczność. Dalej, zbliżająca się do granicy tolerancji słodycz. Następnie fakt, że Milka topi się z prędkością światła, co akurat jest dla mnie jej niepodważalnym plusem. Gdyby, na litość boską, dano do niej więcej kakao, byłaby dla mnie blisko ideału. Bo pomimo, że wdrażam się powoli w świat ekskluzywnych i 'bogatszych' czekolad, dziecięce smaki pozostają dziecięcymi smakami, a portfel nie napełnia się w magiczny sposób. Gdybym spała na pieniądzach zamówiłabym po jednej sztuce wszystkich smaków Zottera, Menako, Manufaktur Czekolady i innych producentów. Chcę, ale nie mogę, więc Milko droga, bądź ty bardziej kakaowa!

Po warstwie czekolady zabrałam się za wyłuskiwanie dodatków, czego normalnie bym nie robiła, ale recenzja recenzją, rozłóżmy tę dziecinę na części pierwsze.


Na początek karmelki, których jest chyba najmniej, co na początku uznałam za zaletę. Smakują jak nie najlepszej jakości krówki, trochę podobnie do Werthers'ów, albo raczej: do ich podróbek. Krusząco-gumowe i raczej denerwujące.
Dalej - kawałki ciasteczek, które zazwyczaj bardzo w czekoladach cenię. To super pomysł gdy mamy ochotę na jedno i drugie, a dla mnie 100-gramowa tabliczka zawsze wygra z paroma sztukami ciastek.. A szczególnie takich, jakie serwuje nam Milka Collage: blade, proszkowe, jakby niedopieczone? Tłusto-mączne, jak najtańszy, marketowy wyrób. Niby słodkie, ale przy tym gorzkawe, w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Czekoladowe kropelki są, jedzone pojedynczo, najlepsze z tego zestawienia. Ich kolor, ciemniejszy od tabliczki, sugeruje nam większą zawartość kakao i.. faktycznie tak jest. Spodziewałam się raczej bezsmakowych, słodkich ulepków. Warto zjeść parę na raz żeby dokładniej poczuć ich smak, choć zeskrobywanie ich z czekolady to zajęcie równie przyjemne, co zbieranie kłaków ze swetra.


I wreszcie nadzienie: kryjące się między dwoma warstwami czekolady, jest od niej, na pierwszy rzut oka, nie do odróżnienia. Próbowałam je uchwycić na zdjęciu, jednak za żadne skarby nie mogłam złapać ostrości. Jest na pewno miększe, choć jednocześnie zbite. Baaardzo tłuste. Bar-dzo-tłu-ste. Nie wiem czy tylko za sprawą konsystencji, ale przypomina mi środek z Lindtor'ów. Czy to nadzienie jest kakaowe? Wg. mnie to nadużycie, jest po prostu.. Tłustawo-czekoladowe. Niestety, z jego (?) powodu, zaraz po cukrze, w składzie występuje olej palmowy. Przez to też rozpływa się w ustach i kurczę, jest dobre, ale to naprawdę skrajna przyjemność, taka, kiedy wyraźnie czujemy, że jemy mieszaninę tłuszczu i węgli. Przy pierwszym i drugim rządku byłam niemalże zachwycona, jednak z czasem, gdy ochota na słodkie została zaspokojona, robiło się za tłusto i mdło.

W tym momencie pomagają wcześniej wzgardzone dodatki, a w szczególności ciasteczka, które do tej względnie maślanej konsystencji wniosły nie tyle chrupiący, co chrzęszczący i zajmujący element, na tamten moment - bardzo pożądany. Karmelki, jak się okazało, pasowały do czekolady lepiej niż się spodziewałam i nawet żałowałam, że nie było ich więcej. Tak jak myślałam, ta tabliczka lepiej smakuje jako całość.

Milka Collage ma swoje plusy i minusy. Zasłodziła mnie i trochę zatłuściła, dostarczyła dziecięcej przyjemności jak Chips Ahoy, jednak zdecydowanie mniej. Czułam po niej niedosyt kakao i czegoś wyrazistszego w smaku, ale i tak degustację uważam za udaną i kupna nie żałuję.
Ocena: 7/10
Cena: 3,29zł

wtorek, 8 września 2015

Milka, Chips Ahoy!

Bo nie ma to jak oryginalność, nie? :D
Ale ale, oprócz szału na tę czekoladę w blogosferze i ogólnego ciśnienia, że ja też muszę (chcę) ją opisać, Chips Ahoy kupiłabym sama z siebie, no bo proszę was - piękna grafika maślanego ciasteczka, kolorowe napisy i świadomość, że jest to słodycz z kategorii "zza oceanu"... No nie ma rady, nawet lęk przed powrotem do Milki nie umniejszył mojej ekscytacji. Panie i panowie, czas na starcie oczekiwań z rzeczywistością.


Jak mówiłam, opakowanie jest takim must-have dla każdego szanującego się fana słodyczy. Podkreślam, SŁODYCZY, takich prostych, zasładzających, cieszących dzieci w każdym wieku. Ma w sobie namiastkę amerykańskości, co wywołuje u mnie automatycznego banana na twarzy. Dawno mi się nie zdarzyło, żebym coś kupiła i otworzyła w ten sam dzień, a tak też było w przypadku Chips Ahoy.

Biorąc opakowanie do ręki przeszyła mnie dziwna, dziecięca radość - szczera, lekko naiwna i najprościej mówiąc: bezcenną. Jakbym faktycznie była znów małym dzieckiem, zajadającym czekoladę w każdym smaku, każdej jakiej marki, w każdej chwili wolnej od zabawy czy leniuchowania. Bardzo pozytywne, warte doznania uczucie. Z uśmiechem na twarzy rozchyliłam plastikowe opakowanie i zaciągnęłam się wspaniałym, ciasteczkowym zapachem. Nie będę ukrywać, że podciągnął on trochę ocenę czekolady, ale jednocześnie podniósł poprzeczkę i moje wymagania. No bo skoro zapach taki boski, czemu reszta miałaby być zła?


Na początek obgryzłam samą czekoladę, której byłam (prawie) równie ciekawa co środka. Całe wieki nie jadłam Milki i.. O matko, nie pamiętałam że jest aż tak anty-kakaowa :P Tłusto-mleczna, słodka jak diabli, rozpuszczała się błyskawicznie pozostawiając język piekący od nadmiaru cukru. Ale, żeby było jasne, nie uważam, że była zła. Nie oczekiwałam po niej za wiele i równie niewiele dostałam, jednak dalej nie było to nic niesmacznego, kiedyś jadłam Milkę co drugi dzień. Powiedzmy, że sama w sobie to takie 6/10. Jednak nie kupiłam przecież zwykłej, mlecznej tabliczki; następnym elementem jest krem. Ma smakowitą, jasnobrązową barwę i na początku myślałam, że za sprawą orzechów - w składzie znalazłam jednak informację, że to krem z mleka alpejskiego, więc wychodziłoby na to, że taki sam jak w Milce Oreo. Dziwne, bo byłam pewna, że czuję orzechowy smak.


Na koniec, last but not least, tamtaradam.. Kawałki Chips Ahoy, których nie miałam okazji jeść 'w całości' i raczej nieprędko spróbuję (chyba, że są do kupienia stacjonarnie w małych paczkach ;)). Tutaj na pewno sprawdzają się znakomicie - nie dość, że pachną przecudownie, to wprowadzają element chrupkości, słoności i maślaności jednocześnie. A i od czasu do czasu kakaowości, przy okazji natrafienia na czekoladowy groszek. Nie są słodkie i trochę równoważą poziom słodyczy, ale wyszłoby to lepiej, gdyby było ich zwyczajnie więcej. A tak jest dobrze, ale nie idealnie.

Koniec, wszystkie karty odkryte, Milka w wersji ciasteczkowej leży przede mną obnażona po całości. Co w niej mamy - spooorą dawkę cukru, lepiej wyglądający niż smakujący krem (ale dalej lepszy niż oreowy..), obłędnie pachnące ciasteczka które zaskakująco dobrze komponują się z resztą. Prosta, przyjemna słodycz, niewymagająca od nas głębszej analizy, dająca zwykłą, dziecięcą radość - na fali ostatnich komplikacji, jestem za.
Ocena: 8,5/10 (+0,5 za sam zapach)
Cena: 3,19zł, Żabka
Polecam: w opozycji dla Milki Oreo, długo zastanawiałam się, która bardziej mi smakowała, wybór padł jednak na Chips Ahoy - mniej w niej kakaowości, ale także cukru, a więcej maślano-orzechowego smaku i obłędnego aromatu :)