Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: jogurty/serki/musy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: jogurty/serki/musy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

Muller, Griesspudding Himbeere + Ryżowa inspiracja i pyszne zdobycze

Na promocji upatrzone, na kolacyje zjedzone. Akurat kaszki na mleku (kupnej) próbowałam dosłownie raz i z tego co pamiętam była to Smakija. W sumie smakowała identycznie jak ta domowa, co mimo wszystko było dla mnie zaskoczeniem, choć jej proces produkcyjny skomplikowany nie jest. Nie powiem, żeby ta Mullerowa sztuka wzbudzała we mnie specjalny szał, ale że dostałam i zjeść przed terminem/końcem roku musiałam, bo to jednak nie czekolada i skwaśnieć może - cóż było czynić?


Biało-beżowa masa jest bardzo gęsta, miłośnicy betonowych konsystencji będą zadowoleni. Kaszka odznacza się w postaci mini-kuleczek, które kojarzą mi się trochę z napęczniałymi nasionkami chia.


Masa jest nieziemsko kremowa i delikatna jednocześnie. Choć zachowuje się na łyżeczce prawie jak zastygły budyń, w buzi rozpuszcza się błyskawicznie i wręcz aksamitnie. Jest zaskakująco mało słodka i śmietankowo-mleczna. Dobra, wróć: mało słodka to za dużo powiedziane, ale jest taka delikatnie słodziutka (zaraz puszczę pawia od tych zdrobnień) i na pewno nie na tym poziomie słodkości co większość wyrobów Mullera. Czułam w niej też przelotny aromat wanilii.

Malinowy wsad ma śliczną, bordową barwę, gdybym używała szminek mogłabym je mieć właśnie w takim kolorze. Wyraźnie widać w nim strzępki owoców, a dokładniej te 'cząstki', z których zbudowana jest malina.
Wsad jest w pierwszym odruchu kwaśnawy, potem słodki, a na końcu wybrzmiewa smak maliny znanej mi z kiślu o tym samym smaku. Jest to smaczna malina, ale, jak mówię, kisielowa, a nie naturalna. Dobra i nie mogę powiedzieć, że spodziewałam się więcej, bo żadnych oczekiwań do tego wyrobu nie miałam.


Gdyby zmieszać zawartość obu komór wychodzi najzwyczajniej w świecie kaszka o smaku malinowego kiślu, smaczna, ale jak dla mnie gorsza od wersji bazowej i zdecydowanie mniej gładka i śmietankowa. Jedząc deser jadłam te dwa elementy osobno i nie żałuję obecności żadnego z nich - dzięki temu mogłam przeplatać słodki smak kwaśniejszym i na swój sposób orzeźwiającym.

Z uwagi na to, że kaszka razem z deserem (jak na mój gust) nie sprawdza się tak dobrze jak gdy są odseparowane, nie wiem czy powinnam dawać maksymalną ocenę, bo równie dobrze w pojemniczku obok mógłby być dobry krem czekoladowy. Jednak nie zmienia to faktu. że produkt bardzo mi smakował i aż szkoda mi, że nie miałam więcej sztuk ;)
Ocena: w kategorii kubeczkowych deserków - 10/10
Cena: prezent


Dodatkowo chciałabym przedstawić Wam dwie propozycje na wykorzystanie czerwonego ryżu, który sezonowo (?) jest dostępny w Biedronce. Najpierw oczywiście ugotowałam, a właściwie rozkleiłam go na wodzie - gotuje się podobnie jak brązowy, czyli od 20 do 40 minut, w zależności jak miękki ryż lubicie. Potem wykorzystałam go do obiadu, razem z pieczonym kalafiorem i tofu:


..jednak lepszym pomysłem było przyrządzenie go na słodko, gdyż jego smak (u mnie przytłumiony przez sól - uważajcie z nią) jest, trochę jak nasiona chia, lekko orzechowy. Wykorzystałam ten fakt i następnego dnia powstało takie oto śniadanie:



Wygląda biednie? Możliwe, ale w prostocie siła i ja takie posiłki lubię :) Jest tutaj, podgrzane w garnuszku:
50 gram czerwonego ryżu
1 łyżeczka masła migdałowego rozprowadzona w łyżce mleka
pół łyżeczki miodu
starta marchewka, solidnie skropiona sokiem z cytryny
+ całość posypana gałką muszkatołową :)
Orzechowo, słodko-kwaśno i pysznie. Polecam wam spróbować takiego połączenia!

A tu łupy z dzisiejszych Warszawskich Targów Smaku:


Świeże daktyle (już nigdy nie zjem suszonych), Zottery: ryżowy, z nadzieniem migdałowym i był jeszcze Red Wine Rush, ale ten trafił do mamy :)

niedziela, 6 grudnia 2015

Ehrmann, Dessella Premium orzechowa

Paczcie i podziwiajcie: zdjęcia robione od święta przy świetle dnia :D


Orzechowa Dessella to, cytując: Deser mleczny orzechowy z bitą śmietanką o smaku orzechowym.
Czyli w masie są orzechy, a przynajmniej pasta z nich (0,5%), za to bita śmietanka jest tylko 'o smaku'.. Mogłabym się teraz o to przyczepić, ale kiedy coś nazywa się bitą śmietanKĄ.. Na tak zdrobniałe rzeczy nie umiem się gniewać <3

Okej jemy, tylko najpierw powącha.. Wo wo wow! Co za zapach! Totalna ekstaza, Ferrero Rocher, Monte i kawałek nieba w jednym. Orzechy, słodycz nie do opisania. Gdybym na tym miała skończyć przygodę z Desellą, dostałaby ode mnie 10.


Pianka jest tłusta i to porządnie, ale też delikatna jak Bóg przykazał. Puszysty tłuszczyk? Spoko, to tylko brzmi nie najlepiej, w smaku jest naprawdę dobra. Analogicznie do zapachu - orzechowa, tylko o wiele delikatniej.


Krem ma konsystencję bardzo zwartą, galaretkowo-budyniową. Nie rozlewa się, grzeczni siedzi (em.. leży?) na łyżeczce i chlubnie daje się fotografować. Tą gęstością zapunktował u mnie już na starcie - treściwe desery to to, co lubię. Jeśli zaś chodzi o smak: myślałam, że będzie bardziej czekoladowo-słodki, a to błąd, bo na przód wysuwają się orzechy. Miałam ochotę porównać ten smak do Monte, ale byłby to bardziej strzał w ciemno, bo dawno już go nie jadłam.

To tak na marginesie, ale wreszcie nie miałam problemów czy jeść obie warstwy razem czy osobno - bita śmietana sama w sobie jest zbyt delikatna i błyskawicznie znika na języku, za to w połączeniu z kremem.. Przenika go, podkręca jego smak i jej 'ulotna' konsystencja z wady zamienia się w zaletę.

Jako że nie jestem deserowo-jogurtowym człowiekiem, nie wystawię maksymalnej noty czemuś, na co mam ochotę od święta. Także brak mi było czegoś, na czym można by zawiesić zęby. Jakieś grudki, ciasteczka, cokolwiek. (orzechy.. To by było niebo). Zamiast tego ciamkałam i ciamkałam deser w nieskończoność.. A na pewno dość długo, bo naszego bohatera jest aż 200g i zdecydowanie idzie się nim najeść (znaczy to jak się ma żołądek wróbelka, ja zjadłam go po obiedzie i muszę przyznać, że 'dopchał' mnie bardzo przyjemnie ;).
Ocena: 7,5/10
Cena: 1zł z kawałkiem

poniedziałek, 14 września 2015

Pilos, Amelia

Zakładając tego bloga zastanawiałam się, czy nie będzie to kolejne hobby "na chwilę", czyli takie które porzucę po tygodniu (jak grę na harmonijce) czy po miesiącu (bieganie). Zwykle w takich sytuacjach nie szukam dla siebie usprawiedliwienia, po prostu przyjmuję do wiadomości, że mam słomiany zapał  i powinnam nad tym pracować. Tym razem wyjątkowo daję sobie taryfę ulgową, bo przy takiej ilości wrażeń związanych z nowym środowiskiem nie mam głowy, by pisać coś ładnie i z sensem. A pomimo, że w tekstach, które tworzę, nie ma nic wybitnego, to i tak chce się do nich przykładać w 100%. Więc o ile z czyjegoś punktu widzenia ten post to kolejna recenzja  (recenzyjka?) dyskontowego serka, dla mnie to pełnoprawne i osobiste dzieło sztuki. Małe i mało ambitne, ale jednak dzieło.


Przejdźmy do części właściwej, ale najpierw małe wytłumaczenie: raz na kaczy rok zdarza się, że po obiedzie nie mam ochoty na czekoladę, a jeśli nie zjem czegoś słodkiego w ciągu dnia, to odbija się to chcicą na żarcie wieczorem. Potrafię wtedy pochłonąć dwa razy większą kolację niż zazwyczaj, a na koniec dopakować się słodyczami. Kij z kaloriami, już ich nie liczę, ale bolący brzuch i uczucie, że w żaden sposób nie wykorzystam dostarczonej sobie energii potrafią skutecznie zabić przyjemność z jedzenia. Kiedy jakiś czas temu zdarzył mi się taki anty-czekoladowy dzień, byłam na niego dobrze przygotowana: zaopatrzyłam się w Lidlu w serek homogenizowany o smaku waniliowym, czyli produkt z kategorii "już-całe-wieki-tego-nie-jadłam". Nie wiem, czy jest to podróbka Danio, czy może ten drugi jest jogurtem, a nie serkiem, jestem w tym temacie kompletnie zielona i taka też będzie moja opinia (niczym osoby, która raz na ruski rok je czekoladę i zwykle kupuje wtedy Wedla *ekhm graty mamo*).


W Amelii jaką pierwszą odnotowałam przyjemną konsystencję:  jest bardzo gęsta i zwarta, dokładnie taka, jak lubię. Tafla serka ma jasnożółty kolor, dodatkowo upstrzony czarnymi kropeczkami wanilii. Te drobinki są widoczne już na pierwszy rzut oka, chociaż ich faktyczna ilość jest powalająca: 0,02%. Odznaczają siAmeliię także w zapachu, który jest intensywny i waniliowy. Czy wspomagany sztucznymi aromatami - możliwe, ale za to bardzo smakowity.


Wyglądem i zapachem Pilos dużo naobiecywał i moje zdanie jest takie, że wywiązał się z tego na oko w 3/4*. Na plus chciałabym zaliczyć słodycz, która często jest w takich serkach przesadzona, a tu była naprawdę subtelna - powiem wam, że dla mnie Amelia mogłaby być nawet trochę słodsza. Wanilia? Hmm... Niby ją czuć, ale znów, w grę wchodzi określenie: delikatnie. Pewnie to lepiej niż mocny, (i) sztuczny aromat, jednak spodziewałam się czegoś intensywniejszego. Za to mniej więcej w połowie serka wychwyciłam nowy smaczek: mieszankę sera twarogowego z.. jajkiem?! Tak, to jest to, momentalnie nasunęło się skojarzenie z maminym sernikiem - chociaż ciasto mojej mamy jest bardziej waniliowe :P. Dodając do tego smaku wspaniałą konsystencję otrzymaliśmy bardzo smaczny, udający coś lepszego, niż mówi skład, kremowy deserek. Lidl, dobrze się spisałeś, jestem na tak!
Ocena: 8/10
Cena: 1zł z małym haczykiem
Jestem ciekawa co sądzą o Amelii starzy wyjadacze serków, z chęcią poczytam jeśli ktoś już jej recenzję wstawił ;)
*ach ten ścisły umysł :P


sobota, 8 sierpnia 2015

Ehrmann, Almighurt Russischer-Zupfkuchen

         Auchan'owy jogurt o tym konkretnie smaku w życiu nie trafiłby do mojego koszyka, gdyby nie krzycząca, wierzgająca się i brutalnie bijąca po oczach PROMOCJA TYLKO 2,60zł za 500g KUPUJCIE!!
Dobra, tak naprawdę plakietka z przeceną była dość mała, ale jestem pies na promocje i pies na słodycze, co objawia się takimi chorobami jak Anorektyczny Portfel i Wypchana Aż Po Czubek Szuflada (na szczęście nie zauważyłam jeszcze Wylewających Się Boczków). Po co pomyśleć, że pół kilo jogurtu to "troszeczkę" dla mojej osoby za dużo, a jakikolwiek smak związany z ciasteczkami przejadł mi się już dawno? Bez sensu, lepiej kupić, a potem pluć sobie w brodę, ze znowu uległo się nałogowi. (Piszę to, bo chyba czuję potrzebę usprawiedliwienia niezrozumianego zakupu ;) Przy okazji: ów słoiczek 'męczę' już parę dni, dlatego nie wygląda najpiękniej ;))

 

 Tak więc Ehrmann, jogurt ze wsadem z ciastem typu rosyjskiego. Szczerze? Pojęcia nie mam, jakie to ciasto jest, ale po wygooglowaniu go stawiam biszkopt albo taką ala babkę. Pomyślałam: co tam, przekonam się w trakcie jedzenia (haha, nie.)

Zapach jednoznacznie kojarzy mi się z rozmiękłymi biszkoptami, w dodatku jest dość intensywny, co, przyznam, bardzo mi się spodobało. Od razu wyobraziłam sobie, że w środku znajdę caaałe morze ciasteczek (najlepiej kakaowych, skoro już zatapiamy się w marzeniach ;)) Z entuzjazmem wzięłam do buzi łyżeczkę i czekał na mnie pierwszy zawód: pomimo obiecującego zapachu, w smaku jest po prostu słodki, nawet trochę za bardzo, jedynie w tle czuć leciutki kwasek. I tyle, żadnych innych aromatów. Ale zaraz, w końcu jest jeszcze wsad w powalającej ilości 3%, prawda? Powiem tak: na cały, pół kilogramowy słoik, znalazłam TRZY biszkoptowe "guziczki" wielkości pięciogroszówek. Wydaje mi się, że były rozmiękłe, trochę gliniaste i.. No. Moje wyobrażenia o ich ilości i smaku zupełnie minęły się z prawdą.

(Łudziłam się, że wyłowię jeszcze jakieś do zdjęcia, ale oczywiście na łudzeniu się skończyło.)

Tym sposobem stoi przede mną mniej niż połowa nijakiego jogurtu, a ja zachodzę w głowę, co mam z nim zrobić. Nie jest wart zjedzenia go samego, może dorzucę parę śliwek i będzie w porządku. Póki co odkładam go na bok, nie będę płakać jeśli się zepsuje.
Ocena: 5,5/10
Cena:2,60zł w promocji w Auchan (jak tu się nie skusić?)
Polecam: nie polecam, szczególnie w normalnej cenie.