Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: lody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: lody. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 czerwca 2016

Haagen Dazs, Macadamia Nut Brittle

Dzisiejszą recenzję częściowo sponsoruje hojny brat, który widząc, że chcę wybulić 16,99zł na pół litrowe lody, dorzucił mi prawie połowę, mówiąc: bosz, ale przepłata (czy jakoś tak). Serdecznie mu dziękuję (znów), bo słynnych Haagenów chciałam spróbować już dawno, ale o ile do przecenianych czekolad mam szczęście, tak tych lodów nigdy taniej nie upolowałam. Wybierałam właściwie spośród trzech smaków - jagodowych, Pralines & Cream (wydały mi się za zwykłe) i karmelizowanych Macadamia, z czego te ostatnie wydały mi się najciekawsze, zwłaszcz,a że tych orzechów także nie jadłam. Mamy więc równanie z wieloma niewiadomymi.. będzie ciężko?


Lody poza zamrażarką trzymałam tyle, ile trwa rajd ze sklepu do domu - myślę, że z 15 minut. Były średnio miękkie, gdyby były na mleku i wodzie to powiedziałabym, że wręcz twarde. Przygotowana na waniliowo-orzechową bombę, zbliżyłam nos i poczułam.. mmm, prawie nic. Leciuchną słodycz i kwasek, nie mam pojęcia skąd.


Pierwsze miejsce składu to śmietanka. Spodziewałam się kremowościu, tłustości i treściwości. Dostałam głównie to drugie, mleczny tłuszczyk czuć od razu, ale to tak oczywista oczywistość, że przejdę do ciekawszych aspektów. Początkowo masa lodowa była twarda, po włożeniu do buzi przez chwilę stawała opór, a jednak zaraz później rozpuszczała się mleczno-wodniście, wprawiając mnie w niemały zdziw. Bo jak to, z jednej strony - konkretna śmietankowa podstawa, z drugiej: gęściej i bardziej 'zalepiająo'  zachowywały się Grycany, które dla porównania jadłam dzień wcześniej. Wrażenie to utrzymywało się przez cały 'kubełek i do końca nie potrafiłam go rozgryźć.

Tyle czasu o konsystencji - najdziwniejszej, z jaką miałam  do czynienia, a co ze smakiem? Tutaj konkrety uderzają z miejsca: tak, słowo 'uderzenie' wyjątkowo tu pasuje. Przysłowiowego puncha w twarz (kubki smakowe?) dostajemy od wanilii, którą czuć w Haagenach na tak niewyobrażalnym poziomie, że specjalnie dałam sobie parę łyżek na przetrawienie tylko tego faktu. Towarzyszy jej intensywna słodycz, ale wyjątkowo (bo jak na lody) nie-cukrowa. Z pewnością to najbardziej specyficzne lody waniliowe jakie jadłam, chociaż nie powiem, żebym oddała im serce. Doceniam, szanuję, ale szczerze? Chyba wolę Grycany. (buuuuu!)


Tym, co tworzyło dla mnie urok tych Haagenow, dzięki czemu zjadłam je sama z nikim się nie dzieląc, był orzechowy krokant z macadamia. Jest to jeden element, który chyba pod wpływem temperatury rozdzielił się na okryte pancerzykiem orzeszki i karmelowe plamki. Próbojąc tych pierwszych dosłownie odleciałam: najpierw chrupnięcie, potem wyraźnie gorzkawy posmak (zapewne) palonego masła i cukru, a potem orzechowy aromat, którego w żaden sposób opisać nie potrafię, bo macadamia 'na sucho' są dla mnie zagadką. Po zjedzeniu tych lodów dalej nie wiem, czy je lubię czy nie, ale nie mam im tego za złe, bo gorzko-maślano-karmelowe otoczki są TAK DOBRE, że bezapelacyjnie okrzykuję je najlepszym lodowym dodatkiem. Najlepszym w ogóle. Żałuję też że karmelowych wstawek nie było więcej, bo komponował się on równie dobrze i podnosił przyjemność z jedzenia.

Krokant w akcji. Takie niepozorne, a cieszy c:

Czas na podsumowanie. Waniliowa waniliowość z wanilią, która jednak nie skradła mi serca, a swoje, ekhem, kosztuje, do tego zaś obłędne połączenie węglowo-tłuszczowe - aka krokant - które ten jeden raz uratowało w moich oczach sens istnienia masła. Wyśrodkowując to wszystko i dzieląc przez cztery wychodzi krągła ósemka, z dopiskiem: mniam, ale w sam raz na raz.
Ocena: 8/10
Cena: 16,99zł (promocyjna)

Po takim odbiorze tak wychwalanych lodów coraz bardziej boję się wybulać 27zł na B&J. Chyba nie byłabym ich najlepszym odbiorcą xD



czwartek, 3 września 2015

Sol & Mar, Helado Dulce de Leche Ice Cream

Zabierając się za lody z lidlowskiego hiszpańskiego tygodnia, postanowiłam wygooglować wreszcie czym właściwie jest dulce de leche; gdy zobaczyłam w wyszukiwarce najzwyklejszy kajmak, zbaraniałam odrobinę. Byłam pewna, że to coś wykwintnego, jakiś krem z dodatkiem palonego karmelu i innymi ekstrawagancjami. Jestem chyba idealną ofiarą dla marketingowców, bo nieznane, egzotyczne nazwy działają na mnie jak magnes. Podobnie jak smaki typu pizza w chipsach (to kiedyś, już ich nie jem) czy ciasteczka jako dodatek do czekolad. No i weź tu rozsądnie rób zakupy.


Otwierając lody byłam po średnio sytym obiedzie (czyt.: nie nażarłam się tak jak zwykle :)) i miałam w planach zjedzenie połowy pudełka. Usadowiwszy swój szlachetny tyłek na kanapie, chwyciłam łyżeczkę i już miałam wbijać się w lodową masę, gdy poczułam powalający, karmelowy zapach. Serio, był prześliczny, trochę kojarzył mi się z domowymi, maślanymi ciasteczkami.. Niedowierzając własnemu zmysłowi węchu (nie spodziewałam się aż takiego aromatu), czym prędzej napełniłam łyżeczkę, licząc, że smak okaże się równie cudowny.



Jak widzicie lody są przeplecione tu z sosem, który jest umiejscowiony głównie po boku - dopiero niżej, mniej więcej po połowie pudełka, jest wsadzony również w środek. Zacznę od bazy, czyli, w tym przypadku, wspaniałej, kremowej masy. Lody są mega aksamitne, gładkie i tłustawe w sposób wyraźnie śmietankowy. Ich smak to boski, maślany karmel, nie pospolite cukrowe toffi, a głęboki karmel właśnie. Są słodkie, to oczywiste, ale nie w pospolity  sposób, tylko jakiś taki.. szlachetny? Wyszukany? Nie, to po prostu karmelowa słodycz, czyli słodycz uzasadniona i, muszę podkreślić, nie za duża, a idealnie wyważona. (Grycan, ucz się!) Lody szybko nie zasładzają i z tego powodu możnaby (teoretycznie) jeść je i jeść. Jest to jednak niemożliwe, ponieważ są niesamowicie syte - zjadłam je w połowie, bo tak sobie wcześniej założyłam i, szczerze mówiąc, nie chciało mi się ich odnosić do zamrażarki. Za to potem czułam się tak pełna, że gdyby ktoś miał mnie w tamtym momencie narysować, to wystarczy, że nakreśliłby wielkie kółko i do tego dodał cztery patykowate kończyny i mój głupi łeb z błogim uśmiechem na twarzy.


Już tutaj mogłabym skończyć wychwalanie i po prostu lody polecić, a to przecież nie koniec, poza nimi był jeszcze drugi, równie ważny element - sos. Nie chcąc się powtarzać, powiedziałabym, że podczas produkcji wyciśnięto z którejś partii lodów cały aromat, po czym go skoncentrowano i zagęszczono. Dokładnie taki był smak tego sosu: jeszcze silniejszy i głębszy, czuć w nim było lekką, paloną nutę, ale raczej bez udziału goryczki. Gęsty, ciągnący, oczywiście słodszy niż lody, więc ilość, w jakiej występował, uważam za wystarczającą. Był pyszny, zakochałam się totalnie, a jak wiadomo, miłość zaślepia, więc tym bardziej mam wytłumaczenie, czemu pochłonęłam to pudełko, zamiast dłużej się nim delektować.
Bierzcie i jedzcie je wszyscy. Amen.
Ocena: 10/10
Cena: 7,99zł, Lidl.
Polecam: Jeśli ktoś jeszcze nie zakupił, niech pędzi do Lidla, może coś zostało w zamrażarkach. Ja bym tak zrobiła, gdyby nie stan ciąży spożywczej w jakiej aktualnie się znajduję :P

piątek, 28 sierpnia 2015

Cortina, Classic

Dzisiejszy wstęp sponsorowany jest przez silne wkurzenie, które sprawia, że wciskam przyciski na klawiaturze równie mocno, co dzieciak grający w wyścigówki - no bo w końcu jak mocniej przytrzymam górną strzałkę, to samochód będzie jechał szybciej, nie?* Najprościej rzecz ujmując: nie cierpię, gdy ktoś bierze moje rzeczy. Bez pytania. A szczególnie, gdy jest to prezent. Jeszcze bardziej, gdy przedmiotem sprawy jest czekolada, przywieziona przez mamę z Walii i spokojnie czekająca w lodówce na swoją kolej. Bardzo szanuję własność prywatną i jasne, umiem się dzielić, wychowanie z dwójką rodzeństwa robi swoje, ale robię to wtedy, gdy JA mam na to ochotę (co jest chyba normalne).
Tak, może przesadzam, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale spotykam się z czymś takim już enty raz i jestem prawie pewna, który z domowników to robi - przez co jeszcze większy szlag mnie trafia.
*przyznajcie, że też tak robiliście :P

Cortina, lód który niby od dłuższego czasu mnie ciekawił, ale jakoś nigdy nie zebrałam się, żeby go kupić. Jednak będąc na stacji i stwierdzając, że w lodówce nie ma nic ciekawszego, sięgnęłam po wyrób od Nestle bez żalu, a nawet z pewną ciekawością. Rozpakowywanie w samochodzie, szybkie zdjęcie i szamiemy, bo będąc mną, ufajdanie wszystkiego naokoło naprawdę nie jest trudne.


Najpierw dowiedzmy się, co dokładnie skrywa opakowanie: Lody waniliowe z sosem o smaku czekoladowym (16,5%), oblane czekoladą mleczną "couverture" (25,2%) z prażonymi siekanymi orzechami ziemnymi (2,6%). Okej, przejdźmy do pierwszej nieścisłości kryjącej się za tym opisem: wanilii to te lody na oczy nie widziały. Nazwałabym je po prostu.. słodkimi, bo do śmietankowych także im daleko. Brak w nich jakiejkolwiek gładkości czy kremowości, bardziej smakują jak zamrożone mleko wymieszane z wodą. Okrywająca je czekolada jest śmiesznej grubości, powiedziałabym, że przynajmniej trzy razy chudszej niż polewa z lidlowej podróbki Magnuma. Łamie się z łatwością, szybko się rozpuszcza i nie pozostawia po sobie właściwie żadnego śladu. W smaku, ponownie - jest słodko, trochę tłustawo, kakao nawet nie pomacha nam na pożegnanie, bo zwyczajnie go tam nie ma. Zatopione w środku kawałki orzeszków są w ilości tak symbolicznej, że od czasu do czasu coś tam pod zębem chrupie, ale do wrażeń smakowych nie wnosi nic nowego.

(Przez me gapiostwo zapomniałam zrobić zdjęcia na którym widać nadzienie, wybaczcie :P)

Rdzeniem loda jest czekoladowy sos i gdy w końcu się do niego dokopuję, to on zaczyna grać pierwsze skrzypce: w zapachu czuć leciutko alkohol, ale na tyle lekko, że mi to nie przeszkadza, za to nasuwa skojarzenie z truflami. W porównaniu do reszty jest mało słodki, mocno czekoladowy; pierwszy i jedyny wyrazisty element w tej układance. Nadaje całości choć odrobinę charakteru i sprawia, że bez obrzydzenia kończę loda.

Cortina czaruje nas opakowaniem, pięknym opisem zachęca do kupna, jednak nie daje nic w zamian. Prawie nic, sos był naprawdę niezły, jednak gdyby nie on, nawet nie wiem, czy zjadłabym loda w całości. Chociaż może by mi się udało, bo w swojej konsystencji i ilości dodatków jest tak ubogi, że równie dobrze można przegapić fakt, że już się go zjadło.
Ocena: 5/10
Cena: 4zł, stacja.. jakaś tam
Polecam: hmm, jeśli ktoś ma ochotę na loda, ale jest bardzo najedzony, spokojnie może po Cortinę sięgnąć - nawet nie zauważy, kiedy ją wszamie :P

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Ballino En'Or, lód waniliowy w czekoladzie mlecznej z migdałami

         Lodyyy, lody dla ochłody, każdy nałogowo je kupuje, nawet jeśli temperatura panująca na zewnątrz w parę chwil zmienia je w średnio atrakcyjną breję, która poza ewentualnym orzeźwieniem dostarczyć nam może atrakcji w stylu upaćkany dekolt i umazana buzia. Odkąd pamiętam w okresie letnim zawsze sięgałam po klasyczne rożki, Zappy albo te, które zawierały w sobie toffi pod jakąkolwiek postacią (czy tam karmel, jestem ignorantką i nie wiem co częściej w lodach występuje :P). Natomiast osobniki typu Magnum nigdy mnie nie pociągały i bohatera dzisiejszego wpisu pewnie bym nie kupiła, gdyby nie bardzo pochlebna recenzja przeczytana na którymś ze słodyczowych blogów. W dodatku będąc w Lidlu trafiłam na promocję, więc już bez wahania włożyłam trzy sztuki do koszyka.


 I tutaj będzie mały spoiler: Ballino widoczny na zdjęciu był ostatnią sztuką, jaką miałam w zamrażarce i uświadomiłam to sobie będąc mniej więcej 'w połowie' loda, dlatego jest trochę, hmm, zdewastowany :D


Na samym początku czeka pokaźna warstwa mlecznej czekolady, która dzięki swojej grubości (tak mi się przynajmniej wydaje) kruszy się mniej niż standardowe polewy innych firm (khy khy Big Toffi). Dzięki temu można odgryzać ją po kawałeczku, bez ryzyka że się rozpadnie i wyląduje na naszych spodniach, bluzce, czy - o zgrozo - na ziemi. Za to gdy już ląduje w buzi, rozpuszcza się szybko, a przez kubki smakowe naprzemiennie przeplata się słodycz i kakao. Już w tej postaci jest przepyszna, a w dodatku zatopione w niej kawałki migdałów przyjemnie chrupią, zostawiając po sobie orzechowy posmak. Z ochotą spróbowałabym jej w formie pełnowymiarowej tabliczki ^.^
Skrywający się pod spodem lód ma jasnożółtą barwę i upstrzony jest małymi, czarnymi kropeczkami. I w wyglądzie i w smaku bije od niego wanilia. Sztuczna czy nie sztuczna, nie umiem określić, ważne, że jest przepyszny. Gładki, trochę mniej słodki niż polewa, co pomaga uniknąć zasłodzenia.


Podczas jedzenia nie mogłam się zdecydować, z którą warstwą rozprawić się najpierw, więc gryzłam je naprzemiennie, potem dla odmiany łączyłam..  I czego bym nie zrobiła, obie smakowały z osobna równie wyśmienicie co całość.

(Patrzcie ile czekolady <3 A skurczybyk ma aż 90g!)

Bez bicia się przyznam, że nie wiem jak wypada Ballino w stosunku do Magnuma, gdyż oryginału nigdy nie próbowałam. I póki co mi się nie śpieszy, gdy za ponad dwa razy niższą cenę mam tak pyszny odpowiednik!
Ocena: niech ma 10/10, a co :)
Cena: normalnie ok.1,89zł, ja kupiłam w promocji za 1,20zł <3
Polecam: na upał, na chłód, na każdy słodyczowy głód :)

piątek, 7 sierpnia 2015

Cornetto Strawberry, rożek truskawkowo-waniliowy

...a dokładniej lody truskawkowe i lody o SMAKU waniliowym z sosem truskawkowym (15%) w wafelku z polewą o smaku czekoladowym (7%).
W ŻYCIU nie pomyślałabym, że produkt o takiej kombinacji smaków się u mnie pojawi, z racji tego że moja awersja do truskawek we wszelkich deserach (zwłaszcza w połączeniu z czekoladą), jest większa niż obrzydzenie do kminku w chlebie. Nie mam pojęcia, co mi wczoraj odbiło, ale idąc wlokąc się do domu w pełnym słońcu zapragnęłam czegoś słodkiego, ale jednocześnie orzeźwiającego i nie-czekoladowego (niepojęte). Wzgardziłam więc czekającą na mnie w zamrażarce, lidlową podróbką Magnuma z migdałami (o niej też będzie) i udałam się do sklepu. Jedynym lodem, który odpowiadał mojemu kaprysowi był właśnie ów Truskawkowy Demon i zanim się obejrzałam, skończyłam w pokoju na łóżku, gapiąc się, co ja właśnie kupiłam.


Byłam świadoma ryzyka, że Cornetto będzie prawdziwym koszmarem, wspomnieniem, które chciałabym jak najszybciej wyrzucić z głowy. Jednak do odważnych świat należy, my się niczego nie boimy, itp. itd.


Nie bawiłam się w analizowanie składu (koszmarny) ani wąchanie (po co się zniechęcać), przejdę od razu do smaku. Warstwami są kolejno ułożone lody truskawkowe, te o SMAKU waniliowym (wrr), a na czubku sos truskawkowy. Zacznę od tego ostatniego: owoce czuć w nim całkiem dobrze, jest oczywiście słodki (ale nie przesłodzony) i leciutko kwaśnawy. Gdyby tego kwasku było więcej, nazwałabym go bardzo dobrym, ale i tak okazał się lepszy, niż myślałam. Wypadł super w połączeniu z "waniliowymi" lodami, które dla mnie były po prostu śmietankowe. Gładkie i puszyste, przyjemne, ale wanilii to w nich ze świecą szukać . Pod nimi kryła się warstwa truskawkowych, których bałam się najbardziej: ich aromat był silniejszy, niż tych poprzednich, ale słabszy, niż sos. Krótko mówiąc: delikatne, ale dla mnie to lepiej ;) Przeżyłam nawet ich połączenie z rożkiem, który od wewnątrz był oblany polewą o smaku czekoladowym. Sam wafel chrupiący, słodki, taki jak lubię. No i oczywiście czekoladowa końcówka, której smaku przez zmrożenie jamy ustnej specjalnie nie wyczułam - wiem tylko, że była. ;)

Jak wypada lód w końcowym rozrachunku? O wiele lepiej, niż się spodziewałam: nie za słodki, delikatny w smaku (co w przypadku "waniliowych" (tak, będę się o to czepiać) wyszło na minus, w truskawkowych na plus); zaspokoił moją chętkę na słodycze. Nie wiem, czy kiedykolwiek najdzie mnie jeszcze na niego ochota, jednak w razie kolejnego anty-czekoladowego kaprysu jest to sprawdzony produkt ;)

Ocena: 7,5/10
Cena: 2,99zł w osiedlowym sklepiku
Polecam: może nie fanom mocno-truskawkowych smaków, ale tym szukającym słodyczy, która nie zamuli, a radości trochę da :)