Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: batoniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą .Inne: batoniki. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 października 2016

KitKat, wafelek oblany białą czekoladą

Dziwnie wyglądał w tytule sam "KitKat biały", ale "KitKat, wafelek oblany białą czekoladą" brzmi jak "Renata, matka dwójki dzieci z Rzeszowa" xD
~ ~
Opisując białego WW przemknęło mi przez myśl porównanie go do białego Kit Kata, który w sumie ciekawił mnie dotąd w umiarkowanym stopniu, głównie z uwagi na wrodzoną niechęć do wersji mlecznej. (Tak, nie wiem dokładnie czemu, ale bardzo nie lubiłam tego batona) A że postanowiłam dzisiaj sprawdzić ostatnią znaną mi Biedronkę w poszukiwaniu Snickersa i fistaszkowej Magnetic, a ze sklepu przykro wyjść z niczym, wyszłam z Kit Katem. I myk, poleciał na cukrowe doładowanie po basenie x 2. (Basen płatny i bezpłatny, w towarzystwie deszczowych chmur).


Baton pachnie delikatnie, ale jak się mocno w-wąchać, czuć tłustą śmietankę i maślany akcent. Wbrew temu co pamiętałam z czerwonego klasyka, warstwa czekolady jest naprawdę gruba, jest jej o wiele więcej niż wafelka i w sumie mnie to ucieszyło, bo byłam bardzo spragniona masywnej słodyczy.


Biała powłoczka podejrzanie łatwo odchodziła od wafelka. Dość krucha, nieczekoladowo krucha. Pierwszym wrażeniem było "słodka w trzy bardzo słodka", ale przyrównując ją do WW.. Myślę, że tak samo albo trochę mniej. Jeśli zaś chodzi o smak białoczekoladowy to było bardzo dobrze, ździebka mniej intensywnie niż u Wedla, ale za to bez przesłodzono-plastikowego posmaku. Śmietankowa, słodka, budyniowa. Ale żeby bez narzekania się nie obyło, jest w niej coś proszkowo-mącznego co nie pozwala jej aksamitnie się rozpuszczać, pod tym względem jest mało "czekoladowa"


Środek Kit Kata był równie wątły w rzeczywistości co na zdjęciu. Wafelki nie były zbyt świeże, w odbiorze raczej trocinowe. Krem/proszkowa masa między nimi wydawała się muśnięta nutellowym orzechem. Tak, to był smak "ORZECHOWY". Nie mówię że zły, ale nie dla mnie i chyba wolałabym zwyczajny, nawet nijak mleczny krem.


Batonik w podsumowaniu wypadł bardzo przyjemnie, jest dość podobny do WW, tyle że mniej słodki, nie zawiera plastików, za to konsystencja czekolady i struktura wafelka są gorsze. W sumie wychodzi na zero, oba wafelki polecam i możliwe że do któregoś wrócę.
Ocena: 7/10
Cena: 1,89zł

Co za post, o jakiej szszalonej godzinie. Mówcie mi Pani $pontanicznośćć 8)

niedziela, 17 lipca 2016

Lusette, wafelek kakaowy z kremem kakaowym w polewie kakaowo-czekoladowej

Lu-se-tte. Al-me-tte. Widzicie podobieństwo? Czekoladowy wafel i tłusty twarożek... Przypadeg? Pewnie tak, ale powiedzmy to jeszcze raz: Lu-se-tte, Al-me-tte, .. SMAAAKIIIJAAA *singing*
Pękł dzisiaj we mnie balon emocji tłumionych przez lata dwa i trochę teraz odreagowuję. A że trzeci dzień wpisu nie było, zdecydowałam się wrzucić czekoladowe Lusette, będące TĄ kroplą oliwy dolaną do ognia, która przekształciła go w  pożar. Taak, w życiu wybuch i na kubkach smakowych wybuch. Od dnia skosztowania dzisiejszego bohatera jem wafle praktycznie codziennie (ale nie wszystkie chce mi się opisywać). To dla mnie naprawdę nowość, bo odkąd nauczyłam się mówić powtarzałam jak mantrę, że wafli nie lubię.

Zdjęcia robiłam u przyjaciółki, oczywiście w najlepszej ku temu porze czyli około 23, co jak możecie się domyślać zagwarantowało wybitne wręcz naświetlenie. Ech, zdjęcie składu gdzieś zgubiłam.. Albo usunęłam, bo tak nieostre było. Niedługo planuję powtórkę batona i wtedy postaram się wymienić zdjęcia.


Wafel ma sowity rozmiar (50g) i wbrew moim własnym przewidywaniom - podoba mi się. Masywny jest także z wyglądu: gruba bryła polana z jednej strony równie grubą warstwą czekolady (to akurat pozory).


Czekolada Właściwie to polewa jest dość miałka: słodka i kakaowo-proszkowa. Wafel jest chrupiący, słonawy i ma w sobie także nutkę kakao.
Nadzienie jest proszkowe, ma specyficzny kakaowy posmak.. Jakby sztuczno/plastikowo-czekoladowy, ale z jakiegoś powodu nie odpychający. Jak budyń? Coś 'o smaku', ale nie stricte czekoladowe. Ciężki do rozgryzienia.. Chociaż prawdziwe cuda dzieją się po zamoczeniu w herbacie.


Całość staje się (nie lubię kraść powiedzeń, ale to pasuje idealnie) bagienkowa, dziecięco słodka i smakuje jak rozwodniona gorąca czekolada w schronisku. Oprócz polewy, polewa to skumulowany 100%-owy ekstrakt napoju pitego po godzinach morderczej (dla dziecka) wędrówki. Smak wspomnień - on idealnie oddaje to określenie! Jakim cudem znalazłam ten smak w tanim waflu czekoladowym? Nie wiem, ale jestem absolutnie zakochana w duecie Lusette-gorący napój. Ten drugi podciąga naszemu bohaterowi ocenę, wyciąga aż na zaszczytne podium szczęśliwych dziesiątek.
Ocena: 10/10
Cena: 1,50zł


wtorek, 12 lipca 2016

Hi Easy, baton z nadzieniem czekoladowym polany polewą kakaową

Chwila słabości, niska cena, szalona myśl zrecenzowania wszystkich dostępnych czekoladowych wafli - to parę powodów czemu Hi Easy trafiło do mojego koszyka. Zresztą nie tylko on, kupiłam też wtedy Prince Polo, Wafla Teatralnego, Princesse, parę innych no-name'ów.. Szkoda, że większość zeżarłam w samotności  sama lub z przyjaciółką, a mimo wszystko godzina 23, kijowe oświetlenie i fakt, że w tle leci serial/anime to nie są zbyt dobre warunki to zdjęć i rozkładania na czynniki pierwsze. Skoro już taką słabą istotą jestem, to czemu na takie bezmyślne jedzenie musiałam zjeść te lepsze (aka bardziej zjadliwe) sztuki? Czemu na świadome' jedzenie wybrałam akurat Hi Easy?



Baton na opakowaniu wygląda bardzo  zachęcająco: bogato, czekoladowo, warstwy nadzienia sprawiają wrażenie jakoby miały cudnie rozpływać się w ustach. W rzeczywistości 50-cio gramowy blok wygląda co najmniej miernie: blady jak ściana wafel, błyszcząco-plastelinowa polewa i krem wyglądający na połączenie margaryny z cukrem, workiem piasku i szczyptą Puchatka. Ale nie zrażamy się prawda?

Mimo pozytywnego nastawienia, im dalej w las tym gorzej. Przy maksymalnym wytężeniu zmysłów poczułam jedynie lekko kakaowy zapach (nie wykluczam, że było to złudzenie lub autosugestia)


Polewa too.. mdłe, odrzucające, tłuste coś. Nie wiem jak inaczej mogę je opisać. Trochę słodkie, ze szczyptą nijakości. Wafelek kompletnie nie ma smaku, a szkoda, bo chociażby lekka słoność mogłaby tu coś zdziałać.


Krem smakuje.. Po prostu źle, czekoladopodobnie, słodko ii słono (?), tłusto-proszkowo.. Nie no, beznadzieja. Jednak nijak uratować się tego nie da.


Po próbie herbacianej, którą wprowadzę do repertuaru chyba na stałe, jedyne co zyskuje wafel to większą słodycz i przyjemniejszą konsystencję (w końcu wszystko się rozpuszcza). Ponownie, gorący napar wykrzesa z niego coś więcej, ale nie zmienia faktu że to bardzo słaby baton. To nie czekolada, tu skład nie gra takiej roli (patrz -> Lusette), to po prostu trzeba zrobić dobrze. Tu ewidentnie się to nie udało.
Ocena: 3/10
Cena: 0,50zł

niedziela, 3 lipca 2016

Lusette, wafelek z kremem nugatowym w polewie kakaowej (+ troszę gadaniny na wstępie)

Summer time! <-- napisała w wyjątkowo paskudny i deszczowy dzień. Cała ja, moje wyczucie i fart. Ale choćby nie wiem jak paskudnie było, nie zepsuje mi to radości z oficjalnie rozpoczętych wakacji. Częściowo tłumacząc moją ostatnią urywaną obecność u was: ostatni tydzień uczęszczałam na warsztaty teatralne. 6h tortur, ekhm, to znaczy przełamywania lęków, dziennie. Tak, Zosia porwała się z motyką na słońce - często to robię. Jak już się na coś zdecyduję, to z mocnym dupnięciem że tak powiem. Po tym tygodniu wiem parę rzeczy: lubię wychodzić do ludzi, ale jest to dla mnie swego rodzaju wydarzenie 'od święta'. Nie umiem siedzieć z kimś (oprócz przyjaciela) cały dzień. Nigdy w życiu nie zostanę aktorką, a na samych warsztatach na pewno byłam najgorszym improwizatorem xD Lubię robić rzeczy na własną rękę. Nie cierpię gier zespołowych. I jak coś sobie postanowię (tudzież zapiszę się na coś, a szczególnie kiedy zapłacę), to wytrwam, choćbym miała potem ryczeć w domu.
Nie wiem na ile te zajęcia mi pomogły, ale mam nadzieję, że pewne blokady przełamałam. Czyżby Zofia miała przestać bać się ludzi? Możliwe, w końcu każdy mógł trafić ze mną na te zajęcia!

Przechodząc już do części właściwej posta: z założenia (które postawiłam sobie po pewnym czasie) na blogu miałam recenzować tylko czekolady. W końcu to moja największa słodyczowa miłość. Ale powzięłam to sobie na jesieni, kiedy posiadane tabliczki nie zmieniały się w miękkie papy czy plastelinowe bloki. Serio, trochę czekolady teraz jem, ale z w.w powodów raczej mnie od nich odrzuca. A jako że pisać chcę, bo to uwielbiam, postanowiłam, że skoro już nawet Wedel Creme Brulee miał szansę tutaj zabłysnąć, to czemu by nie pójść o krok dalej i wrzucić najgorszy jak dotąd dla mnie sort słodyczy, czyli wafle i herbatniki? Przez przerwanie rutyny i jedzenie na mieście przez ten tydzień, moje smaki kompletnie zwariowały. I jak całe życie utrzymywałam, że wafelków nie lubię, tak teraz wsunęłam już chyba z sześć. Najciekawszymi propozycjami, niejedzonymi w biegu, okazały się nieznane mi wcześniej Lusette - dzięki Olga! Myślę, że opiszę wszystkie trzy, gdyż 'mam' je w osiedlowym sklepiku.

(Ucięło polski skład i wspaniałą nazwę Lusette: kruchy wafelek kakaowy przekładany kremem nugatowym w polewie kakaowej)

Jako pierwszej próbowałam wersji czekoladowej, jednak dopiero nugatowa została uwieczniona na zdjęciach. Jak już wspominałam nie raz - nugatu nie lubię, nie jara mnie ani trochę, orzechy laskowe nie są moją miłością, a Nutella mogłaby dla mnie nie istnieć.Sięgając po batona wypełnionego nugatowym nadzieniem miałam nadzieję odebrać go lepiej niż np. wypełnioną nugatem czekoladę: polegałam na grze kontrastów, tzn. na połączeniu suchego, być może słonego wafelka z cienką warstwą kremu.


Zapach nie zapowiadał nic dobrego, bowiem był bliźniaczo podobny do wedlowskiego Pierrota: margarynowy i sztucznie orzechowo-jakiś. Sztuczność to nieodłączna cecha opisu batoników Lusette, jednak tutaj było naprawdę źle.


Z wcześniejszym sztukami postępowałam jak Bóg Olga przykazała, czyli zanurzałam je w herbacie. Przyklapciały wafel i cieplutkie nadzienie - bomba! Tutaj jednak nie miało to sensu, z powodu temperatury wafelek  praktycznie rozpadał się w rękach. Dodatkowo wierzchnia warstwa czekolady, z pozoru gruba i okazała, okazała się prawie całkowicie wsiąknąć w czekoladę. Wyczułam jedynie jej słodycz, minimalną proszkowość i tyle.


Cieniutki i kruchutki wafelek odznaczał się nutą słoności, która nawet w obliczu otaczającej słodyczy nie zginęła całkowicie. Na 'deser' został krem - serce wafla, bijące chaotycznie i, wydawałoby się, zbyt szybko.  Jest po kolei: słodki, proszkowy, tłusty, dziwnie plastyczny, pseudo-orzechowy i lekko kwaskowy (??), a do tego wszystkiego uzależniając. Nie bez powodu nazwałam go sercem - wyobraźmy sobie, że ze stresu nawala nam ono jak seria z karabinu. Mamy za chwilę skoczyć ze spadochronem i boimy się, wszystko nas trzęsie w środku, ale czerpiemy z tego dziwną przyjemność. Przyjemne skręcanie flaków. Tak samo jest z jedzeniem tego batona. Może te wszystkie syfy w składzie zsyntezowały się w substancję uzależniającą? Jeszcze nie jestem chemikiem więc tego nie wiem, ale oddam honor Lusette, to naprawdę dobry baton. Tylko wybierając go należy się nastawić na przyjemność o nazwie: tak złe, że aż dobre. (zupełnie jak patykowy Oreo)
Ocena: 8+/10
Cena: 1,50zł/50g

poniedziałek, 16 listopada 2015

Magija, batonik twarogowy z mlekiem skondensowanym

Miałam tu napisany piękny wstęp o tym, jak to się kiedyś zachwycałam batonikami Magiji, a szczególnie tym smakiem, że jedzenie go przenosiło mnie prawie do raju, że będzie to dla mnie ponowne, mam nadzieję że równie miłe spotkanie, blablabla.. A tu dupa, bo mini-serniczek o który mi chodziło był z firmy Pokusa, a smak miał (ala) creme brulee. Jak dobrze go odwzorowywał - nie pamiętam, wiem, że bardzo mi smakował. Więc na przekór moim wyimaginowanym wspomnieniom, było to moje pierwsze spotkanie z cudeńkami Magiji.
(Cudeńkami, bo w końcu to takie zdrowe jest i dobre przy tym, ma twaróg = białko, więc idealne na uzupełnienie diety bezmięsnej, nie? ... Prawda?)



Na początku muszę przyczepić się go wyglądu naszego bohatera, którego z trudem wyciągnęłam z folijki. Ja rozumiem, że mógł trochę ucierpieć w transporcie, ale.. Wyglądał po prostu jak kupa. Mała, ciemno-brązowa gruda.. Smacznego.


Po rozkrojeniu widać jasnożółtą twarogową warstwę okalającą pomarańczowo-beżowe nadzienie. Całość okrywa cienka i chorobliwie krucha warstwa czekolady, która rozpuszczając się nasuwała mi skojarzenie z kakao rozpuszczonym w wodzie. Była lekko cierpka i trochę gliniasta, ale ogółem dobra (przynajmniej nie bezsmakowa, a tego się bałam).

Ser(nik) jest na tyle przemielony. że nie uświadczymy w nim żadnych grudek, ale zachował charakterystyczne dla twarogu drobinki, nie idzie pomylić go z jogurtem albo serkiem . Słodki, waniliowy i lekko kwaskowy.


Wreszcie mleko w tubce: karmelowo-kajmakowe (dla mnie to dwie różne rzeczy), choć, niestety, jego smak był przytłumiony. Czy z zimna, czy jego ilość była niewystarczająca - nie wiem, ale żałuję. Miało konsystencję gęstego kremu, nie typowego płynnego nadzienia czy ciągnącego się toffi. Dawało całości przyjemny, słodko-maślany smaczek, ale tylko w wypadku maksymalnego skupienia się na nim. Tak to raczej liche było.

Całość smakowała jak słodziutki i rozpływający się w ustach sernik. Nie spodziewałam się, że ten batonik będzie taki dobry, przygotowując podwieczorek wzięłam go tylko z uwagi na mizerny wygląd i goniącą datę. Bardzo mi
łe zaskoczenie, do którego za jakiś czas może wrócę.
Ocena: 8/10
Cena: 0,99zł (promocja)

poniedziałek, 12 października 2015

Nestle, Princessa kawowa i karmelowa

Oryginalny wstęp.. Oryginalny wstęp.. Oryg
Walić to, czemu jest TAK ZIMNO ja się pytam?! Ledwie zaczęła się kalendarzowa jesień, a ja już wyciągam zimowe kurtki. I nawet jeśli opatulę się nimi jak mumia, to i tak potem strzeli mi do głowy wspaniały pomysł pokroju "hej, może jak pobiegnę na ten autobus to zdążę?". Oczywiście mi się nie udaje i potem idę i charkam jak stary dziad. Tak, światły umysł to podstawa.
~ ~ ~
Tymczasem w Biedronce ku mojej wielkiej radości pojawiły się Princessy na wagę. Mam opory przed kupowaniem ich (i ogólnie batoników) w dużym formacie, za to wizja miniaturek których mogę wziąć po jednej z każdego smaku.. Działa na mnie jak płachta na byka. Wzięłam jednak po dwie sztuki ze wszystkich wariantów: kawowej, karmelowej i śmietankowej. Tej ostatniej opisywać nie będę, bo.. Nie wiem, rozczarowała mnie i nie miałabym za dużo do powiedzenia o niej. Zachęcam za to do zapoznania się z dwoma innymi smakami.

Princessa kawowa

Ledwie rozchyliłam miniaturowe opakowanie i z miejsca poczułam intensywny zapach Princessy. Jest konkretnie kawowy, ale nie naturalno-kawowy, a kawowo-słodyczowy. Takie skoncentrowane Kopiko. 


Cieniutka, jasnobrązowa polewa podobnie ma mocny, sztuczno-kawowy aromat. Że sztuczny to niby niedobrze, ale przynajmniej jesteśmy pewni, jaki smak wafla kupiliśmy (co nie zawsze jest takie oczywiste). Zamiast niej spodziewałam się zwykłej, mlecznej czekolady, więc zdziwiło mnie, jak bardzo przesiąknęła kawowym smakiem. Idąc tym tropem próbując nadzienia byłam przygotowana na prawdziwego kopa, a tu.. Konsternacja, jedyne co czuję, to słodycz. Wygrzebawszy opakowanie spomiędzy poduszek, czytam: "Wafelek przekładany kremem o smaku kawowym oblany polewą kakaową". Nie wiem co producenci wyprawiali tworząc ten opis, ale wg. mnie jest kompletnie na odwrót. 


Krem jest tłusty i bardzo proszkowaty jednocześnie. Ciężko oddzielić do od wafelka, który notabene nie wnosi za wiele do smaki; jest chrupki i raczej neutralny. Nawet gdy udało mi się rozdzielić oba elementy, nie byłam w stanie stwierdzić, na ile kawowe jest nadzienie - główne skrzypce grała mimo wszystko polewa, a środek jedynie podkręcał słodycz.

Całość zadziwiająco mi smakowała, a przecież nie zaliczam się do fanów kawowych słodyczy (tym bardziej wafli). Sama siebie nie rozumiem, ale mam ochotę wrócić po więcej! I tak pewnie uczynię, jednak przedtem zaproszę was na drugi smak.
Ocena: 8/10
Cena: na wagę, niestety nie pamiętam po ile.

EDIT
Jako że Biedronka znowu wypuściła owe miniaturki, z wielką radością zakupiłam parę kawowych sztuk. No i cóż, o ile utrzymuję opinię o zamianie miejscami nadzienia i polewy, o tyle szału takiego jak za pierwszym razem nie było. Co więcej: środek Princessy wydał mi się okropnie sztuczny i, uściślając, w tej sztuczności niesmaczny. Ocenę drastycznie obniżam, aż strach jakbym odebrała teraz karmel.
Ocena: 5/10

Princessa karmelowa

Zapach Princessy karmelowej to bardzo fajne połączenie deserowej czekolady i toffi. Od razu skojarzył mi się z cukierkami typo Toffino czy Werther's Chocolate Caramels.


Polewa jest całkiem niezła. Odpowiednio (jak na deserówkę) słodko-gorzka, nawet udało mi się poczuć smak kakao (hurra!). Mam wrażenie, że jest mniej tłusta niż w wariancie kawowym, ale nie stwierdzę tego na 100%, bo jest jej jak zwykle za mało (Serio, to taki problem polać tego więcej?).


Narzekam sobie na grubość czekolady, a to nadzienia jest tyle co kot napłakał. Ledwie je widzę, praktycznie stapia się z waflem w jedno. Nie mówię, że ma być neonowo-pomarańczowe czy coś, ale bez przesady. Zeskrobuję je i ze wszystkich sił próbuję poczuć smak, ale nachodzą mnie zaledwie jego sugestie, gdzieś tam, z tyłu głowy (języka?). Dość zaskakujące zresztą, bo zamiast karmelowej (lub po prostu cukrowej) słodyczy poczułam.. słoność. Nie wiem, może zgłupiałam, ale tak właśnie było. Dopiero po zgryzieniu wszystkich warstw naraz (bez polewy) znalazłam coś na podobieństwo karmelu. Nazwałabym to jednak POsmakiem, który zostaje po jedzeniu na języku i wargach. Słabo.

Fakt, że ta Princessa nie umywa się do kawowej koleżanki, zaskoczył mnie nawet bardziej niż trochę. Dobrze, że kupiłam ją w wersji mini, bo z większą gramaturą mogłabym mieć problem. A tak to zjadłam bez żalu i przynajmniej wiem, że karmelowe batony to raczej nie moja bajka.
Ocena: 6/10
Cena: j.w

Życzę wam wszystkim odnalezienia w głębi duszy ciepła, które rozgrzeje was w te październikowe noce i poranki. Ja go jeszcze nie znalazłam, za to mam chodzący termofor w postaci kota - też ujdzie.

sobota, 29 sierpnia 2015

Orion, Margot Artemis

Dla odmiany od czekolad i lodów, prezentuję dzisiaj,  jakże egzotycznie i wakacyjnie wyglądający, baton firmy Orion. Słyszałam o nim już wcześnie i byłam go niezmiernie ciekawa, no bo halo, soja w słodyczach? Po czesku nazywany jest sojova tycinka, cieszy oko logiem producenta i dużym wyborem smaków. No właśnie, mając przed sobą tyle rodzajów, okazałam się totalnym łosiem i wzięłam wariant z kokosem i.. ponczem. Ja i alkohol w słodyczach? Brawo Zofia, brawo.


Na (nie)miłe powitanie dostałam w twarz nos aromatem procentów. O ile takie wiśnie w czekoladzie pachną dla mnie znośnie, to ten zapach jest po prostu straszny. Ostry, duszący, twarzwykrzywiający.
Marszczę się jeszcze bardziej, gdy odkrywam, że oblewająca baton czekolada przesiąknęła nim po całości; oprócz tego jest ziemista i.. no, tyle. Nie smakuje kakaem, nie smakuje mlekiem, nie smakuje niczym.

 

Z narastającym niesmakiem zabieram się za jasną część nadzienia. Pierwsze co czuję, to słodka jak ta lala słodycz. Przez konsystencję, która przypomina mi mokry piasek mam wrażenie, jakbym jadła pozlepiane grudki cukru. Zakładałam, że ta warstwa będzie kokosowa, ale obiecanego orzecha ani widu, ani słychu.  Rozcieram ją między zębami, doszukuję się jakiegokolwiek smaku, ale tu po prostu nic więcej nie czuć. Inaczej sprawia przedstawia się z częścią różową: tekstura pozostaje ta sama, zasładzające do granic błoto, ale tym razem z chamskim posmakiem alkoholu. I tak, jestem jeszcze dzieckiem i mam dziecięce podniebienie, zwykłe piwa czy wytrawne wina nie są dla mnie, ale jestem pewna, że żadnemu smakoszowi dobrych trunków to po prostu nie zasmakuje. Jak wyczytałam, poncz to mieszanka alkoholu z owocami, sokiem, herbatą i cukrem. Dam sobie rękę uciąć, że Artemis pod żadnym względem nie ma z ponczem nic wspólnego. Po zjedzeniu zostawia do tego w buzi okropny, gorzki posmak, taki trochę chemiczny. Ta goryczka skojarzyła mi się z Nospą, z tym okropnym uczuciem gdy tabletka przyklei się do języka i zanim ją połkniesz, zdąży się odrobinę rozpuścić.
Fuj przez duże F.

Ten batonik był pierwszym czeskim słodyczem, który mnie tak obrzydził. Pierw żałowałam, a teraz się cieszę że poza nim kupowałam tylko wyroby stricte czekoladowe. Przede mną jeszcze Studentska (czyli pewniak) i batonik Kastany z gorzkiej czekolady (powinno być dobrze). Póki co, żal i pogarda dla Oriona.
Ocena: 2/10
Cena: ok. 1 euro
Polecam: ... haha, nie. :/

piątek, 21 sierpnia 2015

Wawel Mocno orzechowy, baton z czekolady mlecznej z masłem orzechowym

Szpiglasowy Wierch, 2172 m n.p.m., ja, mama i nieziemska panorama - dobra kombinacja na otarcie łez po niezdobytych Rysach. Po dłuższej chwili napawania się widokami dołącza do nas Johny Depp Mocno orzechowy Wawel. Czemu właśnie on? Czemu ta firma, a nie coś sprawdzonego? Ano dlatego, że dobry ze mnie człek (hehe) i postanowiłam dać jegomościowi szansę, w dodatku z dużymi 'forami', bo jak zły musiałby być słodycz, żeby nie smakował mi w takim miejscu?


Delikatnie odwijałam opakowanie, bojąc się, że zastanę pod nim czekoladowo-orzechową ciapę - na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, za to do mojego nosa doleciał typowo-Michałkowy zapach. Przyjemny, ale nie taki, jakiego bym się spodziewała. Baton jest podzielony na kostki, ale na górskim szlaku nie będę bawić się w dzielenie go niczym dama -gryziemy!


Powłoka z mlecznej czekolady jest (niestety) grubsza niż na zdjęciu i dość, hmm, nijaka. W sensie niezbyt kakaowa, trochę gliniasta (to pewnie z uwagi na temperaturę) i słodka, jednak w żadnym wypadku niesmaczna. Nie kupiłabym jej w formie tabliczki, ale w parze z nadzieniem idzie przeżyć.


A nadzienie jest rzekomo masłem orzechowym - uważam, że to duże naciągnięcie, bo to raczej tłusty, orzechowy krem, a ta 'tłustość' pochodzi od olejów roślinnych.  Na szczęście w środku kryją się kawałki orzeszków ziemnych, wyraźnie słonawych i chrupiących - ich aromat wybija się ponad całość i czyni ją przyjemną w odbiorze. Skład na to nie wskazuje, ale, o dziwo, ta kombinacja dobrze imituje smak masła orzechowego, choć czuć, że tak naprawdę nim nie jest. Mogłoby być lepiej, ale nie jest źle.

(To zdjęcie się nadaje na baner reklamowy :P)

Mocno orzechowy z oczywistych powodów przypomina mi Reese's i z zaskoczeniem przyznaję, że to wyrób Wawela bardziej mi smakuje! Krem, choć tłustszy i teoretycznie gorszy, uraczył mnie słonymi orzeszkami za którymi przepadam; Czekolada jest niby przeciętna, ale i tak o wiele smaczniejsza niż jej plastikowy, amerykański odpowiednik.
Ten baton to drugi (po Michałkach) produkt Wawela, który mi zasmakował. Przyczyniły się do tego okoliczności jedzenia, to pewne, but still, what a surprise!
Ocena:7,5/10 (chyba lubuję się w siódemkach)
Cena: ok. 1,69zł w Rossmanie
Polecam: fanom masła orzechowego: daleko mu do ideału, ale z uwagi na ograniczony wybór słodyczy z tym dodatkiem - lepszy rydz, niż nic ;)