Summer time! <-- napisała w wyjątkowo paskudny i deszczowy dzień. Cała ja, moje wyczucie i fart. Ale choćby nie wiem jak paskudnie było, nie zepsuje mi to radości z oficjalnie rozpoczętych wakacji. Częściowo tłumacząc moją ostatnią urywaną obecność u was: ostatni tydzień uczęszczałam na warsztaty teatralne. 6h tortur, ekhm, to znaczy przełamywania lęków, dziennie. Tak, Zosia porwała się z motyką na słońce - często to robię. Jak już się na coś zdecyduję, to z mocnym dupnięciem że tak powiem. Po tym tygodniu wiem parę rzeczy: lubię wychodzić do ludzi, ale jest to dla mnie swego rodzaju wydarzenie 'od święta'. Nie umiem siedzieć z kimś (oprócz przyjaciela) cały dzień. Nigdy w życiu nie zostanę aktorką, a na samych warsztatach na pewno byłam najgorszym improwizatorem xD Lubię robić rzeczy na własną rękę. Nie cierpię gier zespołowych. I jak coś sobie postanowię (tudzież zapiszę się na coś, a szczególnie kiedy zapłacę), to wytrwam, choćbym miała potem ryczeć w domu.
Nie wiem na ile te zajęcia mi pomogły, ale mam nadzieję, że pewne blokady przełamałam. Czyżby Zofia miała przestać bać się ludzi? Możliwe, w końcu każdy mógł trafić ze mną na te zajęcia!
Przechodząc już do części właściwej posta: z założenia (które postawiłam sobie po pewnym czasie) na blogu miałam recenzować tylko czekolady. W końcu to moja największa słodyczowa miłość. Ale powzięłam to sobie na jesieni, kiedy posiadane tabliczki nie zmieniały się w miękkie papy czy plastelinowe bloki. Serio, trochę czekolady teraz jem, ale z w.w powodów raczej mnie od nich odrzuca. A jako że pisać chcę, bo to uwielbiam, postanowiłam, że skoro już nawet Wedel Creme Brulee miał szansę tutaj zabłysnąć, to czemu by nie pójść o krok dalej i wrzucić najgorszy jak dotąd dla mnie sort słodyczy, czyli wafle i herbatniki? Przez przerwanie rutyny i jedzenie na mieście przez ten tydzień, moje smaki kompletnie zwariowały. I jak całe życie utrzymywałam, że wafelków nie lubię, tak teraz wsunęłam już chyba z sześć. Najciekawszymi propozycjami, niejedzonymi w biegu, okazały się nieznane mi wcześniej
Lusette - dzięki Olga! Myślę, że opiszę wszystkie trzy, gdyż 'mam' je w osiedlowym sklepiku.
(Ucięło polski skład i wspaniałą nazwę Lusette: kruchy wafelek kakaowy przekładany kremem nugatowym w polewie kakaowej)
Jako pierwszej próbowałam wersji czekoladowej, jednak dopiero nugatowa została uwieczniona na zdjęciach. Jak już wspominałam nie raz - nugatu nie lubię, nie jara mnie ani trochę, orzechy laskowe nie są moją miłością, a Nutella mogłaby dla mnie nie istnieć.Sięgając po batona wypełnionego nugatowym nadzieniem miałam nadzieję odebrać go lepiej niż np. wypełnioną nugatem czekoladę: polegałam na grze kontrastów, tzn. na połączeniu suchego, być może słonego wafelka z cienką warstwą kremu.
Zapach nie zapowiadał nic dobrego, bowiem był bliźniaczo podobny do wedlowskiego Pierrota: margarynowy i sztucznie orzechowo-jakiś. Sztuczność to nieodłączna cecha opisu batoników Lusette, jednak tutaj było naprawdę źle.
Z wcześniejszym sztukami postępowałam jak
Bóg Olga przykazała, czyli zanurzałam je w herbacie. Przyklapciały wafel i cieplutkie nadzienie - bomba! Tutaj jednak nie miało to sensu, z powodu temperatury wafelek praktycznie rozpadał się w rękach. Dodatkowo wierzchnia warstwa czekolady, z pozoru gruba i okazała, okazała się prawie całkowicie wsiąknąć w czekoladę. Wyczułam jedynie jej słodycz, minimalną proszkowość i tyle.

Cieniutki i kruchutki wafelek odznaczał się nutą słoności, która nawet w obliczu otaczającej słodyczy nie zginęła całkowicie. Na 'deser' został krem - serce wafla, bijące chaotycznie i, wydawałoby się, zbyt szybko. Jest po kolei: słodki, proszkowy, tłusty, dziwnie plastyczny, pseudo-orzechowy i lekko kwaskowy (??), a do tego wszystkiego uzależniając. Nie bez powodu nazwałam go sercem - wyobraźmy sobie, że ze stresu nawala nam ono jak seria z karabinu. Mamy za chwilę skoczyć ze spadochronem i boimy się, wszystko nas trzęsie w środku, ale czerpiemy z tego dziwną przyjemność. Przyjemne skręcanie flaków. Tak samo jest z jedzeniem tego batona. Może te wszystkie syfy w składzie zsyntezowały się w substancję uzależniającą? Jeszcze nie jestem chemikiem więc tego nie wiem, ale oddam honor Lusette, to naprawdę dobry baton. Tylko wybierając go należy się nastawić na przyjemność o nazwie:
tak złe, że aż dobre. (zupełnie jak patykowy Oreo)
Ocena: 8+/10
Cena: 1,50zł/50g